Strona główna » Artykuł » Alpejski Tour 2004 - długi i ciekawy jak wakacje tekst Bartka Malinowskiego.

ALPEJSKI TOUR 2004

Przydługa historia pewnego wyjazdu ujęta w ramy antologii piosenki polskiej


 

"Wsiąść do pociągu...
Byle jakiego..."

-czyli-

czwórka bez sternika w drodze do Chamonix

[...] Muszę chyba szybciej machać tymi rękami bo zaraz zamarznę. Kurcze, zimne te noce choć mamy przecież początek lipca. No tak, ale nocleg bez śpiwora pod drzwiami dworca w Gorlitz to przecież nie są luksusowe warunki. Dochodzi piąta. Za chwilę wspaniała Deutchebahn otworzy przed nami swoje podwoje. Jeszcze tylko zakup wiadomego biletu i już lokujemy się w smukłym czerwonym pocisku, którym zaraz pojedziemy do Hof. [...] Kolejna stacja. Kolejny pociąg. Kolejny przedział. Paweł oddał się w słodkie objęcia snu. Grendi grzebie coś przy telefonie. Ja kontempluję rozległe równiny Europy środkowej, a Szyna z namaszczeniem pożera kolejną paczkę żelków. Niedługo Bazylea. Stacja końcowa. Stamtąd dalej pojedziemy stopem. [...] Przyjemnie jest leżeć sobie w ciepłym śpiworze, zajadać bagietkę (0,85 €) z masłem (0,80 €) i popijać napój pomarańczowy (1,50 € - kupiony do spółki). W takim momencie nie przeszkadza ci nawet, że znajdujesz się na samym środku peronu kolejowego w Chamonix, a dookoła kręci się pełno ludzi. Ważne jest to, że masz widok na Igły. Jesteś już na miejscu.



"Ach jak ten śnieg pada...
Nie ma śladu po śladach..."

-czyli-

bierki, literatura i zajęcia w podgrupach

[...] Przesadziłem trochę z tym plecakiem. Nie dość, że trzeba z nim chodzić po lodowcu to jeszcze te drabinki. Najpierw 200 metrów w dół, a teraz proszę, kolejne dwieście do góry. Na dodatek coś się chyba chmurzy, nie wygląda to za ciekawie. [...] Szyna przed chwilą spojrzał na zegarek. Staliśmy na tym deszczu bite dwie godziny. Na dodatek pośrodku tych cholernych drabinek. Wszystko mamy kompletnie mokre. Jak tylko przestaną lecieć kamienie w żlebie, którym dalej wiedzie szlak, ruszamy do góry i w pierwszym możliwym miejscu zaczniemy się suszyć. [...] Nareszcie jesteśmy u celu naszego marszu. Po krótkiej konsultacji z uroczym personelem schroniska Envers des Aguilles rozbijamy namioty na półce, u podstawy dużego monolitu skalnego. Choć dookoła pełno chmur widoki zapierają dech w piersiach. Jesteśmy rozbici u stóp Igieł, od ich południowej strony. Ściany budzą respekt. Zarówno swoją wielkością jak i geometrią wierzchołków. Niektóre ich kształty zdają się przeczyć prawom fizyki. Za naszymi plecami, w dole, wije się lodowiec Mer de Glace. Zaraz za nim usadowił się masyw Aguille du Tacul, którego potężna sylwetka zasłania prawie całe Les Grandes Jorasses. Na lewo od nich, odgrodzona lodowcem Leschaux, znajduje się kolejna naszpikowana igłami góra. Dwie z tych igieł to słynne Aiguilles des Drus. Całość widnokręgu zamyka cyrk lodowcowy z potężnymi Seracs du Geant. W oddali dostrzec można małe wagoniki kolejki linowej Telecabine, zawieszone wysoko nad płaszczyzną Valee Blanche. Całość prezentuje się bardzo majestatycznie i budzi szacunek. Jak na razie widoki w pełni zaspokajają nasze oczekiwania. [...] Ostatnia noc była nieco nerwowa. Co jakieś pół godziny budziliśmy się, aby strzepnąć śnieg, który zalegał na tropiku namiotu. Gdy rano wyjrzeliśmy na zewnątrz, odnieśliśmy wrażenie, jakby ktoś nas przeniósł w czasie. Dookoła leżało przynajmniej dziesięć centymetrów świeżego, białego puchu. A nie byliśmy przecież wysoko. Śnieg w lipcu na 2400? I to ile. No nic, trzeba odkopać namioty, a później nie pozostaje nam nic innego jak spacer do schroniska. Wspinać to my się tu za szybko nie będziemy. [...] Ciekawe, że bezczynność cechuje wprost proporcjonalna zależność do apetytu. Gdy na domiar złego dochodzi do tego czynnik zezwolenia na gotowanie w schronisku człowiek zostaje pozbawiony wyboru. Siejemy zatem popłoch w yum-yumach i oddajemy się rozkoszom "słodkich chwil". W przerwach między posiłkami studiujemy prasę fachową, oraz dokładne topo okolicznych ścian. By nie zaniedbać formy psychofizycznej, rozgrywamy codziennie zacięte partie bierek. [...] Kompletna bieda. Każdy kolejny dzień jest po prostu wierną kopią poprzedniego. Siedzimy już w tym schronisku od czterech dni i zżeramy w zastraszającym tempie nasze zapasy. Dziewiętnasta. Prognoza pogody. Jutro opady deszczu. Izoterma zero 2500. Pojutrze opady śniegu. Cały następny tydzień, bez zmian. No nie, tego już za wiele! Przecież nie przyjechaliśmy tu na wesołe biesiadowanie w schronie. Pora się ewakuować. Ale gdzie? Zagadnięty przypadkowo jegomość okazuje się być nieźle zorientowany. Proponuje nam przeczekać niepogodę na klifie skalnym nieopodal Chamonix. 160 metrów skalnego wspinania i jaskinia u podstawy. W jaskini źródełko i doskonałe warunki do noclegu. Jedyny mankament: do podstawy ściany można się dostać tylko zjazdami. Decyzja zapada. Zostawiamy w schronisku część sprzętu, ciuchów oraz żarcia i na lekko schodzimy na dół. Wrócimy tu z powrotem za tydzień. Mam nadzieję, że wtedy pogoda będzie lepsza.



"Mówisz życie jak cukierek...
gorzkie jest czasami..."

-czyli-

jak z wyjazdu wspinaczkowego zrobić survivalowo-trekingowy

[...] Nie mamy mapy. Nie znamy okolicy. Nie wiemy nawet gdzie jesteśmy. Chodzimy po lesie i od dwóch godzin szukamy jakiegoś klifu. Grendi coś krzyczy. No nareszcie, jest. Ale teraz gdzie z niego zjechać. Widać, że miejsce jest mało popularne, bo wszystko jest kompletnie zarośnięte. Przyjaciel Francuz mówił coś o jakimś stanowisku z tabliczką. Znalezienie łańcucha w tych chaszczach zajmuje nam kolejną godzinę. Powoli robi się ciemno. Stanowisko jest. Tabliczki nie ma. Jest za to wydeptana trawa. Wniosek: ktoś tu był, więc to na pewno tu, a tabliczkę mógł oderwać. Zjeżdżamy. [...] Gdy dojeżdżam do podstawy ściany moim oczom ukazuje się zafrasowana mina Grendiego. Stwierdza on dwa fakty. Jest ciemno (co również stwierdziłem sam) i nie ma jaskini. Co zatem jest? Jest stok opadający spod naszych stóp pod kątem 40°, porośnięty gęstym lasem i pokryty grubą warstwą śliskich liści. Porażające światło naszych czołówek pozwala nam stwierdzić, że na prawo od miejsca w które zjechaliśmy znajduje się duży filar (?). Grendi dostrzega w dole nawet dróżkę (???). Chłopaki jeszcze zjeżdżają, postanawiamy się zatem rozejrzeć. Nasza podróż po liściach przypomina mi mój niedawny debiut na lodowisku "Stefanowskiego". Wycofujemy się gdy potrącony kamień uświadamia nam, że znajdujemy się nad, jak się później okaże 300 metrowym urwiskiem. Nie ma wyjścia. Chłopaki nie są zachwyceni perspektywą noclegu pod ścianą. Szczególnie, że jedyne nadające się do tego miejsce to nachylona platforma skalna. Ja osobiście spędzam tę noc przyałcony do dwóch niezależnych korzeni. Szyna natomiast musi spać na jednym boku, bo tylko tak może się zaprzeć nogą o kamień. [...] Poranne ceregiele, związane z koniecznością obejścia klifu i wyjścia z powrotem na jego krawędź, doskonale łączą się z ogólnym obrazem naszych dotychczasowych dokonań w rejonie Chamonix. Mija pierwszy tydzień, a jak na razie nie dotknęliśmy nawet skały, choć trzeba przyznać, że dostaliśmy już w kość. Kilku kilometrowe spacery, z bądź co bądź nie najlżejszymi plecakami, robią przecież swoje. Czy w końcu dopisze nam trochę szczęścia. [...] No nareszcie. W końcu odczuwam rozkoszny dyskomfort stóp przyodzianych w obuwie wspinaczkowe i z satysfakcją spoglądam na moje umazane w magnezji ręce. Jesteśmy nieopodal miejscowości la Frasse. Przenieśliśmy się tutaj po nieudanej akcji na klifie. Skały są tu może niewysokie (max 60 metrów), ale za to dobrze obite i przede wszystkim można pod nie spokojnie dotrzeć ścieżką. Namioty rozbijamy na parkingu, pod obszernym drzewem. Nie wiemy jeszcze, że w trakcie kolejnych dni przyjdzie nam spędzić pod nim wiele ulewnych godzin. [...] No dobra. Pięć dni minęło. W tych kilku słonecznych lukach udało się nawet zrobić kilka ładnych dróg, ale pora się zwijać. Rekonesans przeprowadzony w międzyczasie dostarczył nam informacji, że w zasadzie jesteśmy niedaleko od autostrady prowadzącej bezpośrednio do Chamonix. Wystarczy zejść szosą w dół doliny. Zejść, ponieważ droga jest zamknięta dla ruchu samochodowego, który korzysta z ponad 30 kilometrowego objazdu. Podejmujemy zatem jakże roztropną decyzję: po co jeździć po opłotkach skoro można przespacerować się te jedyne 2-3 kilometry, aby łapać już auta zmierzające prosto do celu. Pod względem logistycznym rozbijamy ten problem kapitalnie. Przynajmniej tak nam się wydaje, do momentu gdy docieramy do ostatnich pięciuset metrów zejścia. Tu okazuje się, że wspomniane roboty drogowe polegają na poszerzaniu drogi poprzez... ...wysadzanie skał. Wszystko to naturalnie na krawędzi wąwozu. O przejściu nie mamy nawet co marzyć. Choć w naszych umysłach przewijają się różne koncepcje, wiemy, że wyjście z tej sytuacji może być tylko jedno.



"Dzień się budzi...
W kolorze słońca..."

-czyli-

ćwicz cnotę cierpliwości a nagroda cię nie minie

[...] W nieco przygarbionej pozycji bezszelestnie przemieszczamy się wzdłuż ogrodzenia. Jeszcze tylko zakręt w prawo, spacer wzdłuż hangaru na wagony i już jesteśmy na tyłach peronów. Czuję się trochę jakbym występował w "Ściganym", a raczej w "Ściganych", bo jestem przecież razem z Marcinem. Grendi ujął się honorem i powiedział, że kupuje normalnie bilet. Może to i lepiej, bo dzięki temu wziął największy plecak. Pod pretekstem poszukiwania toalety wpadamy na peron i zgrabnym ruchem lokujemy się w kolejce do drzwi wagonu. Po kilku nerwowych chwilach kolejka rusza, a my z satysfakcją lustrujemy w myślach stan naszego portfela. Bądź co bądź 10 euro piechotą nie chodzi. [...] Dla takich widoków faktycznie warto ruszyć tyłek z domu. Muszę przyznać, że Alpy robią duże wrażenie, ale to wrażenie wyraźnie potęguje się gdy widzimy je w słońcu. Szkoda trochę, że nie może tego zobaczyć również Paweł. Niestety miał tylko dwa tygodnie urlopu i musiał już wracać do Polski. Dojechali do nas za to Baśka, Piotrek i Krzysiek, a jutro dołączy jeszcze Janusz. [...] No nareszcie. Po dwóch tygodniach zwiedzania okolicy, w promieniach piekącego od rana słońca zaczynamy się w końcu wspinać na igłach. Na pierwszy ogień idzie Tour Verte i droga "Gagafou". Do półek w połowie ściany dostajemy się kominorysą od lewej strony. Kolejny wyciąg to wspaniała płyta która jak się okazuje kryje w sobie pułapkę. Wystarczy pójść niewłaściwym zacięciem, by znaleźć się w miejscu z którego jedyna możliwość wyjścia prowadzi w dół. Ponieważ jest już dosyć późno, a Janusz dzwonił i mówił, że już jest w Chamonix i będzie dzisiaj podchodził zjeżdżamy na dół i wracamy do obozu. [...] Dzisiaj naszym celem jest wierzchołek "Premiere Pointe des Nantillons". Wspinamy się nadal w zespole trójkowym. Janusz gdzieś zaginął, a przynajmniej nie za bardzo wiadomo gdzie właściwie jest. Druga trójca, tzn. Baśka, Piotrek i Krzysiek idą gdzieś na ścianę za schroniskiem. Nasza droga, "Guy Anne", biegnie lewą częścią ściany, a jej trudności znajdują się w dolnej części. Największą z nich okazuje się być wąska rysa biegnąca wskos w lewo. Nieprzyjemnie, bo nogi pracują wyłącznie na tarcie, żadnych stopni. Trudności podnosi również fakt, że nie ma żadnego stałego przelotu. Kości i friendy natomiast najlepiej siadają w nieczęstych klameczkach, co uniemożliwia ich późniejsze użycie dla rąk. Szpiczasty wierzchołek wynagradza wszystkie nasze wysiłki. Dopiero teraz naprawdę rozumiem sens słowa aiguille - igła, którym opisuje się tutejsze szczyty. Wieczorem w obozie pojawia się Janusz. Okazuje się, że od wczoraj zwiedza lodowiec Mer de Glace. Był już nawet w schronisku Refuge du Couvercle, po drugiej stronie doliny. Wszystko to wskutek nieporozumienia wywołanego błędnym odczytaniem wskazówek Grendiego. Przyda mu się zatem jutro odrobina odpoczynku, a i dla nas rest day będzie dobrym rozwiązaniem. Szczególnie dotyczy to mnie. Dwa dni temu zbyt krótko obciąłem sobie paznokcie u rąk, i teraz nie mogę nawet sam zawiązać butów. [...] Kolejny dzień wspinaczkowy przynosi ponowną konfrontację z Tour Verte. Tym razem droga "Le piege", którą charakteryzuje bardzo estetyczne zacięcie w połowie wysokości. Wspinamy się w dwóch zespołach. Marcin z Januszem i ja z Grendim. Wierzchołek po raz kolejny nas nie zawodzi. Jest nim okazała platforma skalna zawieszona wysoko w przestrzeni, tuż nad Rifugi Envers des Aiguilles. Znajduje się na niej doskonały punkt obserwacyjny na ostatni wyciąg drogi, którym jest otwierająca się rysa. Dziś pojawi się w niej nowy stały przelot: friend numer 4. Niemożliwy do wyrwania, sądząc po czasie jaki Marcin poświęcił na jego wyjęcie (używał młotka!). Epizod z friendem powoduje zastój w zjazdach i spotkanie z wujem deszczem. Na szczęście niedużym i krótkim. Konkretnie pada dopiero później. Przekonuje się o tym nasza trójca, która wybrała się na drogę z kominami. Piotrek opowie nam już wkrótce mrożące krew w żyłach historie o zjazdach w wodospadach rodem z kanioningu. [...] Następny dzień przynosi niepewną pogodę. Około 10 wybieramy się pod ścianę, ale gdy zaczynamy się szpeić zaczyna lać. Trzeba podjąć decyzję co robić. Prognozy znowu są nie za specjalne. Sypać śniegiem nie będzie, ale pogoda ma być w kratę. Trójca zdecydowała. Jutro jedzie do Ceuse. Marcin chętnie się z nimi zabierze, bo też się tam wybierał. My, to znaczy Janusz, Grendi i Ja jedziemy do Zermatt. Mamy w planach Matterhorn, a Januszowi został już tylko tydzień urlopu. No cóż. Dopiero zaczynamy się rozkręcać, a już musimy wyjeżdżać. Cóż, trzeba się trzymać grafika.



"Bo tutaj jest jak jest...
Po prostu..."

-czyli-

jaśnie książę Matterhorn dziś nie przyjmuje

[...] Stoję i nadal nie mogę w to uwierzyć. Jak to nie można wejść. Rozumiem, że grań Zmutt jest zamknięta i w tym roku nie miała jeszcze żadnego przejścia, ale nawet Hornli?! Jak to możliwe? A jednak. Sympatyczna pani w informacji biura przewodnickiego zapewnia nas, że wczoraj był na górze ich przewodnik i nad Solvay'em jest tyle śniegu, że nie ma żadnej możliwości przejścia. Prognozy na najbliższe dni również są nie za szczególne. Wedle wszelkich przypuszczeń grań Hornli będzie otwarta najwcześniej w poniedziałek (a mamy środę). Siła wyższa. Do szału nas tylko doprowadza ciągły pech związany z pogodą, która jak dotąd skutecznie paraliżuje praktycznie wszystkie nasze działania. Jedziemy w Dolomity.



"Oprócz błękitnego nieba...
Nic mi dzisiaj nie potrzeba..."

-czyli-

granitowa skała zbrzydła pora wspiąć się na powidła

[...] Januszowi zostały jeszcze cztery dni. Co gorsza okazuje się, że już drugi raz do nas nie przyjedzie. No to mamy klops. Żarcia starczy nam jeszcze na jakieś 3-4 tygodnie. Później trzeba będzie wracać. Trudno. Na razie mamy co robić, pogoda jest niepewna, ale ma się poprawić. Przed nami królowa Dolomitów. Południowa Marmolada czeka. [...] Nie wiem czy to był dobry pomysł. Jest już południe, a my podchodzimy równym krokiem pod Punta Rocca. Rano padało, ale jak się uważnie przypatrzyliśmy do tarasów skała jest sucha. Nasz cel to "Via Tempi Moderni". Planujemy dojść dzisiaj do połowy ściany, tam przenocować na półkach i jutro dokończyć drogę. Wszystko jednak nie układa się po naszej myśli. Pod ścianą znowu siąpi. Gdy przestaje przystawiamy się do pierwszego, najtrudniejszego wyciągu. Najpierw Grendi potem ja. Niestety trudności okazują się zbyt wygórowane jak na nasze skromne możliwości. Szkoda bo do skompletowania serii przechwytów w trudnościach brakuje mi jednej wstawki. Choć widzę dobrą klamę, nie mogę w żaden sposób rozwiązać problemu jak się do niej dostać. Mimo wielu prób droga nie puszcza. Widać musimy jeszcze trochę potrenować. Trzeba znaleźć coś łatwiejszego. [...] Jak na razie idzie nam nieźle. Oprócz kozic biegających po naszej linie, nie było żadnych większych przygód. Wspinamy się "Don Quixotem", który prowadzi na wierzchołek Punta Ombretta. Do tarasów brakuje nam już tylko trzech wyciągów. Dziesięć jest już za nami. Grendi prowadzi. Coś tam posapuje, ale idzie. Nagle staje w rysie, w wysoce nie komfortowej pozycji i nie może się ruszyć ani w przód ani w tył. Co jest? Tu miało być przecież czwórkowo. Przynajmniej tak wskazuje nasze wysoce szczegółowe topo. Wiem bo sam wczoraj przerysowywałem przy świetle czołówki. A jednak. Zapych. Paweł ostrożnie się wycofuje i tuż nad moją głową odbija w prawo. Tym razem trafia na wielką płytę, wielkości fasady dwupiętrowej kamienicy, która cała się rusza. Obserwuję go jak iście kocimi ruchami urabia metr za metrem. Gdy przechodzę to miejsce chwilę później w pełni rozumiem jego obawy, szczególnie, że dwa razy zostaje mi w dłoni chwyt wielkości cegły. Nareszcie tarasy. Połowa drogi. Teraz ja przejmuję pałeczkę. Górne wyciągi należą do mnie. Jest ich czternaście. Żeby odczuć pełnię wspinaczkowych doznań problemy mam już na trzecim. Po raz któryś z kolei (i jak się niestety okaże nie ostatni) gubimy drogę. Wchodzę w jakieś mocno nie czwórkowe zacięcie, w którym znajduję wątpliwej jakości haczyk. Zdublowany nie lepszą kością stanowi nasze przytulne stanowisko. Nie przypuszczam jeszcze, że prawdopodobnie ów haczyk posłużył innym do wycofu i ufny w swoje umiejętności ruszam do góry. Robi się trudno, a ja zamiast się wycofać brnę nadal w to bagno. W końcu wykonuję o jeden ruch za daleko. Teraz już nie ma wyjścia. Od Grendiego dzieli mnie mała kostka i niespecjalnie osadzony friend, a ja walczę w zapiaszczonej rysie na granicy odpadnięcia. Szczerze powiedziawszy w tamtym momencie już żegnałem się z życiem, i to nas obydwu, bo nie wierzyłem by stanowisko mogło wytrzymać lot. Na szczęście jakimś cudem udało mi się resztkami sił wygiełgać na filar. Tu ujrzałem dorodne stanowisko, zbudowane z trzech haków, wieńczące biegnące za filarem, przewodnikowe, czwórkowe zacięcie. Ech życie. Reszta wyciągów przebiega już bez przygód, choć na końcowych szóstkowych płytach trzeba się trochę napocić. Około dziewiętnastej osiągamy wierzchołek. Po chwili odpoczynku rozpoczynamy zjazdy na lodowiec. W trakcie trzeciego, ostatniego, zaczyna sypać. Na szczęście gradem. Po ciemku, gdyż resztki słońca zakrywają chmury ruszamy wolnym krokiem w dół lodowca. Przy szosie jesteśmy o pierwszej w nocy. Zmęczeni, ale usatysfakcjonowani drogą zasypiamy w zaułku maszynowni dolnej stacji kolejki krzesełkowej. [...] Pożerając bułkę z parówką odpalam telefon. O, sms. Nadawca - Janusz. Treść - "dajcie znak życia". Faktycznie, jest już pierwsza po południu, a on nie wie co się z nami dzieje od wczoraj, od momentu gdy rano weszliśmy w drogę. Trzeba mu jak najszybciej odpisać. [...] "Vinazzer-Messner" to nasze kolejne wyzwanie na Marmoladzie. W dobrym tempie urabiamy kilka pierwszych wyciągów. Jest nieźle. Przede mną kolejny odcinek. Tym razem VI+. Coś na nim tylko dużo haków i starych pętelek. Może to i lepiej, mniej się człowiek denerwuje jak ma "stałe" przeloty. Już pierwsze metry zdradzają jednak prawdziwy powód takiej ilości ubezpieczeń. Pierwsza przewieszka okazuje się być dla mnie niemożliwa do pokonania sposobem klasycznym. Nie łamię się jednak i idę dalej. Trawers. Małe chwyty, ale stopnie niezłe... ...myślę jeszcze lecąc jak grucha w dół. Z wdzięcznością spoglądam na brązową V-kę, która uratowała mnie od lądowania w półach. Pytam Grendiego co się stało. Podobno wyleciał stopień wielkości pięści. Urabiam jeszcze kilkanaście kolejnych metrów, i staję w miejscu. Wszelkie próby przejścia okazują się bezskuteczne. Co gorsza nie brakuje mi już nawet mocy, ale po prostu nie mogę rozwalić koncepcyjnie znajdującego się przede mną kawałka płyty. Podobnie wygląda sytuacja gdy na wyciąg wbija się Paweł. Obaj wyceniamy najtrudniejsze miejsce na okolice VIII stopnia, a to jest jak na razie trochę poza naszą skalą. Znów zabłądziliśmy. Na domiar złego jest już po dziesiątej. Nie pozostaje nam nic innego jak wycof. Jest już późno, a my jesteśmy za nisko. [...] Nabieram kolejną łyżkę kaszy z gulaszem. W zasadzie nie miałem na to dzisiaj ochoty, trzeba jednak realizować zasadę pożerania najcięższych rzeczy. Do takich należą przecież konserwy. Siedzimy na kempingu w Malga Ciapella. To nasza stacja przesiadkowa w drodze na Civettę. Chcemy odwiedzić wszystkie miejsca które zaplanowaliśmy sobie przed wakacjami. To zmusza nas do przyjęcia taktyki jeden rejon, jedna droga. Na tyle, licząc na niezłą pogodę i szczęście w transporcie starczy nam jeszcze zapasów i pewnie sił. Ja po tej feralnej drodze na Marmoladzie mam konkretnie popsutą lewą rękę, a Grendi od jakiegoś czasu narzeka na kłopoty z palcem.



"Pod papugami...
Jest szeroko niklowany dach..."

-czyli-

sowa to może nie papuga, ale szóstkowy daszek jak najbardziej

[...] "Przyjechaliście się tu wspinać? To uważajcie na siebie. Civetta uważana jest za pechową górę. Dwanaście lat temu, wspinając się na nią, zginął mój mąż". Tymi słowami wita nas w schronisku Coldai pracująca w nim Polka, pani Jola. Do schroniska można dotrzeć na dwa sposoby. Pierwszy to podejście z miejscowości Aleghe. Czeka nas w tym przypadku pokonanie ponad 1000 metrów w pionie, stromym i szczególnie pod koniec, trudnym szlakiem. Druga alternatywa, stanowczo przez nas polecana, to podejście od strony wschodniej, z kempingu Pala Favera. Samo Rifugio Coldai jest wybornym miejscem do wyjścia na północną ścianę Civetty. Dysponuje ponadto dobrymi przewodnikami wspinaczkowymi, oraz posiada przemiłą obsługę, na czele oczywiście z panią Jolą. [...] Spoglądam w dół i widzę jak kamień odbijając się jak piłka spada dalej w dół żlebu. Przed chwilą jeszcze stałem dwa metry obok. W tej chwili uspokajam oddech i dziękuję Bogu, że udało mi się utrzymać równowagę. Paweł też chyba oddycha z ulgą. Idziemy na lotnej, a między nami nie ma żadnego przelotu. Droga "Diedro-Aste" to 300 metrów podejścia w bardzo kruchym trójkowo-czwórkowym terenie i 560 metrów wspinania w pięknych rysach, na deser z okapikiem za VI A1. Ponieważ jesteśmy na północno-zachodniej ścianie o słońcu możemy dziś tylko pomarzyć. Choć mamy dobre tempo, nie wspina mi się dobrze. Gdy przejmuję prowadzenie o mało nie dostaję zawału na trudniejszych jego fragmentach. Lewa ręka praktycznie mi nie funkcjonuje. Każdy chwyt łapię na przybloku. Na szczęście Paweł jest dzisiaj w wybornej formie i przejmuje na siebie ciężar drogi. Ja staję się już tylko transporterem worów, bo kolejne wyciągi biegną kominami i prowadzący nie może iść z plecakiem. Pokonujemy mały daszek wyceniony na A1 i wieczorem docieramy na wierzchołek Punta Civetta. Zdążamy w ostatniej chwili. Nad szczytem zaczynają się już zbierać ciemne chmury. Jeszcze tylko monotonne, prawie dwugodzinne zejście via ferratą, akcja kupa, spacer wzdłuż wschodnich ścian Civetty i o północy jesteśmy z powrotem przy namiocie. Wszystko według planu. Jeden region jedna droga. Możemy jechać dalej.



"Ciągle pada...
ulicami już strumienie deszczu płyną..."

-czyli-

my tent is my castle

[...] Tak jak napisał Pusty w esemesie: ceprostradą do kapliczki i w prawo na tarasy. Wszystko się zgadza. Nie spodziewaliśmy się jednak, aż tak dużej ilości ludzi. Słyszało się, że Tre Cime to popularny rejon, ale do tego stopnia? A tam popatrz... ...policja konna. [...] Codziennie pada. Jak jest dobry dzień to zaczyna o piętnastej, jak zły to o dwunastej. Ze względu na niestabilność pogody decydujemy się wspiąć na jakiejś krótszej drodze. Traktowany przez nas jako znawca rejonu Pusty poleca Cassina na Cima Picolissima. Ruszamy zatem na poszukiwanie przewodnika. Nastrój i atmosfera w schroniskach mocno nas jednak zawodzą. Odczuwamy ewidentny brak serdeczności i chęci pomocy. Jeśli na dodatek nie mówimy po niemiecku, to w ogóle nie mamy czego szukać. W końcu udaje nam się przekonać pewną damę w Rifugio Auronzo. Daje nam przewodnik. Pod jej surowym spojrzeniem, pożyczonym o zgrozo długopisem, drżącą ręką przerysowujemy topo. Możemy się wbijać na drogę Cassina. [...] Spacerujemy nerwowo pod skałą nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić. Niby krótka droga. W razie jakby co, to z wycofem nie będzie problemu, ale głupio tak moknąć bez potrzeby. Niebo jest ciemno pstrokate, zupełnie jakby ktoś wylał na nie pomyje. W sumie to bardzo zaskakuje mnie fakt, że jeszcze nie pada. Wraz z budzącym nadzieję promieniem słońca pojawiają się dwaj Włosi: "Yes yes. Weather good. Rifugio. Good weather. Yes yes". Nie zważając zatem na złowróżbne chmury wbijamy się w drogę. Jakość skały w porównaniu z Marmoladą i Civettą jest rewelacyjna. "Obicie" również. W zasadzie oprócz jednego stanowiska, kości okazują się zbędne. Czując na plecach oddech kompanów poruszamy się bardzo sprawnie. Szybko osiągamy wierzchołek, który ku naszej uciesze, wynurza się na ten okres z grubego kożucha chmur. Kilka fotek i kontemplacja uroków okolicy. Z letargu wyrywa nas dopiero złowróżbny dźwięk stada wron kołujących tuż nad naszymi głowami. Czyżby jakiś znak? Spadajmy stąd. Trochę za długo bawiliśmy na szczycie i w zjazdach cudem udaje nam się uniknąć ukamienowania przez pozostałe zespoły. Chwilę po dwunastej jesteśmy z powrotem przy namiocie. Jak się okazuje w ostatniej chwili. Gdy nabieramy wodę na obiad z pobliskiego strumienia, zaczyna lać. Ukrywamy się w przytulnym wnętrzu naszego namiotu i rozkoszujemy myślą, jak to udało nam się wykiwać ciotkę pogodę. Nie wiemy jeszcze, że ona również przygotowała dla nas dzisiaj małą niespodziankę. Niewinny początkowo deszcz już wkrótce przeistoczy się w regularną ulewę, która będzie trwała nonstop przez kolejne 7 godzin!



"Przychodzimy, odchodzimy...
leciuteńko na paluszkach..."

-czyli-

słów kilka o jakości skały na Triglavie

[...] Trzymam się mocno oburącz baru. Nie wiem czy to piwo było dobrym pomysłem, ale darowanemu koniowi w zęby się przecież nie patrzy. Nasz wspaniały darczyńca, pan strażak, cały czas wysyła w naszym kierunku różne komunikaty. Niestety posługuje się on hybrydą języka słoweńskiego i niemieckiego, co w naszym stanie postrzegania rzeczywistości nie daje możliwości nawiązania szerszej konwersacji. Słuchamy jednak bardzo uważnie i co jakiś czas kiwamy ze zrozumieniem głową. Ponieważ bar w którym się znajdujemy zdaje się nie być pierwszym w drodze do domu pana strażaka nasze zachowanie wcale mu nie przeszkadza. Kontynuuje monolog, porozumiewawczo łypiąc okiem w kierunku młodej kelnerki stojącej za barem. Niedwuznaczne gesty symbolizują, że rozmowa przeszła na tematy damsko-męskie. Pojawiają się nowe postaci i nieświadomie stajemy się uczestnikami żywej debaty. Piwo płynie przez gardło, a czas zdaje się stać w miejscu. Nagle strażak podrywa się, spogląda na nas wzniośle i proroczym, drżącym z przejęcia głosem oznajmia: "wy budietie siewodnia szlafen pad triglevem". [...] Północna ściana Triglava swoją budową przypomina duży sękacz. Wapienna skała układa się naprzemiennie jasnymi i ciemnymi warstwami, a wspinanie polega na docieraniu do coraz wyżej położonych tarasów. Niestety owe tarasy są przeważnie siedliskiem wszelkich zielska, co w wydatny sposób osłabia strukturę skał znajdujących się w ich okolicach. Trudności wspinania na poszczególnych wyciągach determinuje ilość chwytów "rzeczywiście" możliwych do użycia. Na przykład. Znajdujemy się łatwym zacięciu. Przed nami aż sześć z pozoru dobrych klamek. Co się jednak okazuje. O trzech z nich możemy w ogóle zapomnieć i lepiej ich nie dotykać, bo ma się wrażenie, że rozlecą się całe Alpy Julijskie. Dwie z pozostałych natomiast trzymają się wyłącznie na słowo honoru. [...] Wspinamy się drogą Skalalajska biegnącą centralną częścią ściany. Na lewo od nas znajduje się drugi zespół. Miejscowi. W połowie wysokości ściany nasze drogi się łączą. Jesteśmy jakieś dwa wyciągi za nimi. Na szczęście poruszamy się w skos całego urwiska, więc wszystko co leci im spod stóp nie ląduje na naszych głowach. Znów się rozdzielamy. Oni idą na szczyt filarem Czopa, a my dalej naszą drogą. Interesował nas ten filar, ale w zaistniałej sytuacji nie chcemy ryzykować ukamienowania. Do wielkich tarasów którymi kończy się ściana docieramy około godziny siedemnastej. Przed nami już tylko zejście. 1600 metrów w dół nieciekawym szlakiem. O zmierzchu jesteśmy z powrotem w schronisku. Tu czekają już na nas ciepłe śpiworry, gorąca strawa i... ...cały pokój harcerzy z Polski. Wieczór mija na przyjemnych pogawędkach. Rano jeszcze ostatnie, rzewne spojrzenie na potężną ścianę Triglava, krótki spacer na parking i palec do góry. Pora wracać do Polski.



Tak oto kończy się nasza tegoroczna wakacyjna przygoda.. Choć wyjazd był krótszy niż pierwotnie zamierzony, główny cel został chyba osiągnięty. Było nim odwiedzenie, i wspinaczka w jak największej ilości alpejskich zakątków. Głodni kolejnych wrażeń, ale przede wszystkim wyprażanego syra w drodze powrotne pozwoliliśmy sobie jeszcze zatrzymać się u naszych południowych sąsiadów. Stąd, zahaczając jeszcze o Tatry, wróciliśmy już bezpośrednio do Łodzi.

Bartek Malinowski




Serdecznie dziękujemy za pomoc udzieloną nam przez:



 



bez niej nasz wyjazd prawdopodobnie nie doszedłby do skutku.



Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy