Strona główna » Artykuł » Marcin Durkiewicz o załojeniu Piz Badile przez 4-osobową łódzką grupę (VII 2003)

Po tamtej stronie chmur

Piz Badile

 



Pomysł wyjazdu do Szwajcarii zrodził się w naszych głowach kilka tygodni przed wakacjami. Kilku zapaleńców i miłośników górskiego wspinania postanowiło obrać za główny cel podróży słynną drogę Cassina na Piz Badile w Alpach Szwajcarskich. Każdy z nas szukał na własną rękę jakichkolwiek informacji, na temat tamtych rejonów. Interesowała nas przede wszystkim topografia, schematy dróg, klimat, jak również bardziej przyziemne sprawy jak warunki bytowe, ceny paliwa i jedzonka.

Na początku było wielu chętnych, którzy z aprobatą spoglądali na wysoko w chmurach zawieszony szczyt Badile. Jednak z czasem nieubłaganie przybliżającym nas do dnia wyjazdu, nasza grupa skurczyła się do czterech wytrwałych i nieustraszonych osób. Są nimi: Paweł Pustelnik - "Pusty", Grzegorz Kowalski - "Kinder", Artur Klikowski - "Kliki" i ja, chyba najskromniejszy z tej grupy:).

Jak każda szanująca się polska wyprawa stawiamy na oszczędność. I tak wyruszamy malutkim samochodzikiem Punto Bianco, w którym po załadowaniu wszystkich worów, lin, sprzętu biwakowego i wspinaczkowego, kierowca po wielu przymiarkach musi skurczyć się jeszcze o połowę. Ale udało się, nareszcie w drodze!!!

Naszym celem był Badile, ale bez aklimatyzacji i odpowiedniego przygotowania się nie było mowy o wspinie linią Cassina. Strategia nasza obejmowała dwu tygodniową aklimatyzację w Alpach Szwajcarskich, w rejonie przełęczy Furka Pass (ok.2100 m n.p.m.). Furka Pass to nic innego jak baza wojskowa, która służy w okresie zimowym jako schroninie dla wojska białego krzyża. Latem jest opustoszała i pozostawiona bez żadnej opieki. Napotykamy tam na zaledwie kilka namiocików, należących do wspinaczy z różnych stron świata. Z przełęczy rozpościera się niesamowity widok. Zmiana pogody... Z jednej strony pietrzące się ściany Klein Buhlenhornu i Gross Buhlenhornu, odwracając głowę w przeciwnym kierunku widzimy już wielki lodowiec, a w oddali najwyższe szczyty. Tu ścierają się dwa światy, ten zielony, ciepły na dole i śnieżnobiały jakże zimny i surowy, a jednak przez nas kochany i utęskniony. Pomimo zmęczenia kilkunastogodzinną jazdą, oddychamy pełną piersią, chłoniemy wszystkie zapachy, obrazy, szaloną grę cumulusów, zmieniających co chwilę obraz tego co jest pod nimi. Od tych wszystkich emocji kręci nam się w głowach. Jesteśmy szczęśliwi!!!

Od tej pory to nasz dom, przynajmniej przez dwa tygodnie. Pierwsze nasze kroki kierujemy na ściany Eldorado. To 500 metrowe drogi, płyty i rysy, robione raczej na własnej, choć kilka z nich jest w pełni obitych. Podejście pod ścianę to 90 minut szybkiego marszu przez górzysty teren. Jeśli ktoś powie, że ma kondycję w takich podejściach i pod ścianą nie będzie musiał zmieniać koszulki na suchą to jest w błędzie. Podczas marszu towarzyszą nam ogromne wodospady, które nie pozostawiają na nikim suchej nitki.

Wspinamy się w dwóch zespołach, ja z Klikim, drugi zespół to Pusty z Kinderem. Eldorado traktujemy jak trening, główny nacisk stawiamy na dotarcie się zespołów, sprawność w działaniu, skoordynowanie wspólnej pracy. Za kilkanaście dni czeka nas 800 m drogi, gdzie nie będzie miejsca na błędy, czy zawahanie się w trudnej sytuacji. Z Klikim wspinam się w górach poraz pierwszy i chyba nasze podejście do wspinania jest podobne. Jesteśmy sprawnym zespołem, poruszamy się w skale niczym jeden organizm, jeden mechanizm, w którym wszystkie trybiki współgrają ze sobą.

Oczywiście nie obyło się bez kilku groźnych incydentów, może nie bezpośrednio powiązanych z nami. Jedynym minusem rejonu Eldorado jest jego dostępność dla mas wspinaczy, a co za tym idzie tłoczność na klasycznych, najbardziej popularnych drogach.

Pogoda zmienna jest, wiec wykorzystujemy nawet te dni, w które wypada nasz restday. Wiemy że jest weekend i napotkamy w ścianie nie jeden zespół, pomimo tego decydujemy się na Motorhead'a, 500 metrów ściany, większość wyciągów to rysy, o trudnościach VII.

Jeden z wielu wyciągów na Motorhead (500 m) Jesteśmy pod ścianą już o 7 rano, niestety czeka nas kolejka. Dwa zespoły gotowe do startu, dwa już w ścianie, a my na szarym końcu. Nikt nie obiecywał że będzie łatwo. CZEKAMY!!!

Włosi, Niemcy, Austryjacy, to naprawdę doborowe towarzystwo, może się pomyliliśmy, może nie będzie tak źle. Cóż, pod koniec 3 wyciągu wyprzedzamy pierwszą dwójkę. Mkniemy dalej..... Na stanowiskach tłoczno jak cholera, musimy przystawać w środku wyciągu i czekać jak ktoś przed nami ruszy tyłek. Istne piekło! Włosi (2 zespoły po 2 osoby) dają za wygraną, widząc lekkie podirytowanie na naszych twarzach puszczają nas przed siebie. Ufff.... następny zespół jest daleko, nie będzie już problemów, teraz możemy czerpać wszystko co najpiękniejsze z pracy na 500 metrowej ścianie.

Jak nasze marzenia i myśli mogą być złudne........

Nagle krzyk, szarpnięcie liny, głuchy dźwięk wyrywanych z jaką dokładnością i systematycznością przelotów, i cisza...

W ułamku sekundy spojrzeliśmy na siebie, zmierzyliśmy wzrokiem czy nasze stanowisko jeszcze istnieje i w tej samej chwili z góry z całym swoim impetem coś spada na mój błękitny kask i zatrzymuje się na skraju półeczki na której stoimy. Ze zdziwieniem stwierdzamy że to jeden z przelotów dwójki przed nami . Ale jak on mógł się wypiąć z liny?

WYPADEK, jeden z Niemców atakujących ścianę przed nami odpadł!!!

Triumf nad maszyną Co gorsze, okazuje się, że na ścianach Eldorado nie ma zasięgu, nawoływania z góry nic nie dają. Rozpoczyna się monotonne zwożenie rannego na linach. Mamy postój, gdy przejeżdżają przez nasze stanowisko, odbieramy rannego, przyaucamy go i pomagamy w klarowaniu lin. Facet nie wygląda najlepiej, jest zielony, a jego noga jest wielka jak bania i powykręcana jak świński ogonek. Dobrze chociaż, że jest przytomny, a nie jest balastem, który mógłby nas wszystkich zatopić. Kilkadziesiąt metrów pod nami przejmuje klienta śmigło. Już po wszystkim.

Zawsze wierzyłem w maksymę "OSTATNI BĘDĄ PIERWSZYMI, A PIERWSI OSTATNIMI". Idzie nam się dobrze, na piku jesteśmy ok. 13-ej. Pomimo tylu przeszkód wykręciliśmy nawet niezły czas. Ostatni łyk wody, ostatni baton i siesta, rozłożeni pod największym kamieniem, tak by nie dosięgały nas palące promienie słońca zasypiamy, śniąc o otaczających nas szczytach.....

Ostatnie wiszące stanowisko na Septomani (500 m) Tak minął nam tydzień, piękna pogoda, lśniące południowe ściany Eldorado. I z tej sielanki i ogólnej radości nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że może być inaczej, że to pogoda jest dla nas łaskawa i tylko dzięki niej realizujemy własne zamierzenia.

Plany nie uległy zmianie, następny tydzień na ścianach Klein Buhlenhorna, Gross Buhlenhorna i Graue Wanda. Lecz to już inne wspinanie, z uwagi na północne wystawy. Miało to nas przybliżyć do warunków panujących na północnej ścianie Piz Badile.

Najtrudniejszy wyciąg na Conquest VIII- Po udanym wspinaniu na Eldorado nasze apetyty wzrosły. Będąc na rekonesansie przy Graue Wandzie dostrzegliśmy w ścianie 90 metrową rysę. To Conquest, a dokładniej dwa jego wyciągi, który jeden ma wycenę VIII- !!! MY nie zrobimy?!

Kilka dni dupówy. Nadeszła nie oczekiwana przez nas zmiana pogody. Siedzimy na Furka, klarujemy sprzęt, wyjadamy resztki żarcia, spijamy ostatnie piwa, wypatrując nieustannie choć skrawka błękitnego nieba. Pomiędzy nas wkrada się lekkie zwątpienie, pesymistyczne wizje zaczynają dominować. A jak tak będzie do końca? Do Polski wrócimy bez wymarzonego celu - Piz Badile! Gramy w karty...

5 rano, budzimy się z tym samym pytaniem, czy jest szansa na wspin, czy nie? I oto po rozpięciu wejścia do namiotu naszym oczom wyłaniają się wszystkie szczyty w odległości co najmniej 10 km. Drugi namiot jeszcze śpi, szybka pobudka i w górę.

Rysa robiona na własnej Wspinamy się na Klein Buhlenhorn, następnego dnia na Gross Buhlenhorn, na koniec zostawiamy Graue Wanda z wcześniej wypatrzoną rysą. Może to zmęczenie (2 długie drogi w ciągu ostatnich dwóch dni), a może brak umiejętności nie pozwoliło nam na Conquesta w całości. Drugą część rysy robiliśmy w 2h 30'. Na zmianę, raz Pusty i Kinder, raz nasza dwójka. Nie puściła!!! Ten wyciąg przeszliśmy innym wariantem. Został lekki niedosyt, ale nikt nam nie powie, że nie walczyliśmy. Trudno, nie ma co załamywać rąk, przed nami większe wyzwanie.

Już jesteśmy w Punto Bianco, mkniemy górskimi serpentynami, w dół i w górę, w górę i w dół. Do wioski Bondo, dojeżdżamy w trakcie bicia dzwonów na tamtejszej wieży kościelnej. Myślimy sobie, ładnie nas witają, zaraz wyjdzie ktoś z chlebem i solą. Okazało się jednak, że dojechaliśmy w samo południe i jest to codzienny rytuał, a zarazem jedyne ćwiczenie które wykonuje dzwonnik.

Tu starannie dobieramy rzeczy, które będą nam niezbędne przez najbliższy tydzień. Liczymy torebki z herbatą, suchary i rodzynki. Tych ostatnich po 3 na głowę czyli 84 sztuki.:) Naprawdę staramy się wziąć optimum, nie za mało i nie za dużo, przed nami chwila prawdy, czyli podejście ok.1500 metrów różnicy poziomów z worami pełnymi szpeju. I niech nikt nie myśli, że zostawiamy coś na dole, bierzemy ze sobą lub zjadamy na miejscu. Kliki spija puszkę piwa, która się już nie mieściła w i tak największy plecak ze wszystkich (90 l.+...). Tłumaczy się, że to obrona przed odwodnieniem, ale my wiemy swoje.

Jesteśmy w sercu Alp Retyckich, nasza droga prowadzi przez dolinę Bondasca aż do schroniska Sass Fura położonego na wysokości 1904 m. n.p.m. Następnie czeka nas niewydeptana droga na malutką polankę, gdzie wśród wysokich traw i porostów rozstawimy namioty.

Długo można opowiadać o pięknie doliny Bondasca, powiem tylko, że mijamy liczne skalne tunele, ogromne groty wyrzeźbione w skale, do których wpada szmaragdowa woda z wielkich huczących wodospadów. A ostatni odcinek to pajęczyna wąskich kładek, zawieszonych w otchłani, którymi nie myśląc o stanie w jakim się znajdują musimy przejść.

Nie zapomnę tych chwil.

Nie przypuszczaliśmy, że Piz Badile tak nas powita. Już na podejściu rozszalała się burza, biło gradem, a uderzenia piorunów odliczały jak szwajcarski zegarek sekundę po sekundzie. W jednej chwili zrobiło się tak ciemno i mroczno, że na dobrą sprawę bez czołówek nie dało się nic zrobić, a i one były przemoczone. Nieplanowany przystanek, pod gałązką, w strugach deszczu, jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Człowiek w obliczu przyrody i jej humorów nie ma nic do powiedzenia. Zmęczenie, wychłodzenie i zniechęcenie po ciężkiej drodze rzuca nas na karimaty, zasypiamy bez słowa...

Zachód słońca tuż, tuż... Wysokość 2100 m n.p.m. nie robi na nas wrażenia, po aklimatyzacji na Furka Pass czujemy się doskonale. Idziemy na rekonesansik, obejrzeć północną ścianę z bliska, określić nasze szanse i sprecyzować strategię ostatecznego uderzenia. 300 metrów podejścia na lekko to dla nas pestka. W tym miejscu szlaki turystyczne zanikają, jesteśmy w wielkim kamieniołomie. Obszar dwóch boisk piłkarskich pokrywają głazy, głazy, głazy. Stąd ok. 60 min. podejścia pod północną ścianę. Pierwsze nasze wrażenia uwieczniamy na slajdach. Nie możemy wyksztusić z siebie ani jednego słowa i to nie przez szalejący wiatr czy wysokość. Przytłacza nas to co ujrzeliśmy, ogrom i groza PIZ BADILE!!! Ściana wyrasta spośród głazów i pnie się niczym wielkolud aż do nieba, jej wierzchołek zakrywają chmury. Gdzie ona ma koniec? Czy w ogóle ona się gdzieś kończy? Jesteśmy pod JEJ ogromnym wrażeniem.

Po wielu dyskusjach nasza strategia jest gotowa. Jutro restujemy, jesteśmy zmęczeni podejściem, a zakwasy z Furka dają jeszcze znać. Następnego dnia podchodzimy na wysokość ok. 2500 m. n.p.m., nocujemy w kolebie i o godzinie 4 rano ruszamy pod ścianę, po 60 minutach powinniśmy być na pierwszym wyciągu. Ktoś może się zapytać po co ten pośpiech, dlaczego nie śpimy w wygodnych namiotach? Przypomnę, że odległość od namiotów do podnóża ściany to ok. 2 h marszu, sama ściana to 800 m rozłożone na 25 - 30 wyciągów, ale to nie koniec. Nie możemy przecież zostać tam na stałe, przynajmniej mamy taką nadzieję, a zjazdy z piku to 1000 metrowy Nord Kante o trudnościach IV - IV+ i jeszcze troszkę do namiocików. Tak to wygląda z punktu widzenia zimnej, chłodnej kalkulacji, która nie bierze pod uwagę wybryków pogody, a raczej niepogody.

Rest - wstajemy przed południem, leniwie parzymy herbatę, drzemka. Przez cały dzień świeci słońce, wymarzona chwila ataku, ale rest to rest. Schodzimy do schroniska na kawę podawaną w wielkich miskach i rżniemy w karty. Humor nam dopisuje, wszystko idzie tak jak przewidzieliśmy, jutro będzie po wszystkim. Wieczorem udajemy się 500 metrów wyżej do upatrzonej wcześniej koleby. Noclegownia to niebanalna, jest w stanie pomieścić nas wszystkich i jeszcze nieproszony gość by się zmieścił. Ostatnie chwile światła dziennego wykorzystujemy na trening na boisku pełnym głazów. Kliki wymyśla nowe bouldery.

Kolejny kibel na podejściu..., czy to się nigdy nie skończy? Od tej chwili prześladują nas wypadki, których nikt z nas nie przewidział, a przynajmniej nie brał pod uwagę. Nad ranem Kinder obudził resztę, dławiąc się wodą we własnym śpiworze. Dopiero po chwili spostrzegliśmy że leje. Naturalnie ściany północne szybko nie wysychają, więc nici z ataku, może następnym razem.

Przez następny dzień lampa, schodzimy jakże znaną nam dróżką do namiocików, suszymy śpiwory i pod wieczór pod górę. Tak, gwieździste niebo, jutro musi się udać.

Wskazówki zegara wskazują 3.30 am., wstajemy, a tu nic nie leje nam się na głowy, niebo przejrzyste. Ktoś mówi: - a nie mówiłem, to nasz dzień.

Potęga północnej ściany Piz Badile Podeszliśmy pod Kant Północny, stąd do ściany wiodą naturalnie rzeźbione schodki. Nagle pociemniało, jakby pomyliły nam się pory dnia i już po chwili wiatr przygnał ogromne chmury, które nie szczędziły łez patrząc na nasze położenie. Kwadrans zlewy i po wszystkim, kolejna szansa zaprzepaszczona. Schemat działania się powtarza, schodzimy, suszymy rzeczy i przed zachodem słońca podchodzimy do koleby. Noc nie zdradza dnia następnego, wszystko wygląda normalnie. I tym razem się nie udało, jesteśmy mocno zdołowani tym co się dzieje na niebie, tym że przez kilkuminutowe burze nie możemy nic zrobić. Następuje rozłam w obozie, wszyscy mają już dość wszystkich i wszystkiego, mało się odzywamy, alienują się niektórzy koledzy. Ta cała sytuacja jest zrozumiała, bowiem wywołana jest brakiem sukcesu, w grupie, w której wszyscy liczyli na powodzenie. Do tego dochodzi coraz bardziej widoczny brak pożywienia.

Marazm i ogólną ospałość przełamuje wiadomość z Polski. Pusty dostaje informacje o zmianie pogody, o wyczekiwanej przez nas od wielu dni jednodniowej poprawie, w której nie mówi się o jakimkolwiek zachmurzeniu czy krótkotrwałej burzy.

Należy wspomnieć również o terminie wyjazdu, który zbliża się nieubłaganie, spowodowany zobowiązaniami w kraju niektórych z nas.

To może być nasza ostatnia szansa!!!

Pełna mobilizacja, wszyscy w skupieniu i z wielką starannością pakują rzeczy niezbędne tam na górze. Jesteśmy zdeterminowani, nareszcie pojawił się promyk nadziei, szansa, której nie zamierzamy zaprzepaścić. Jutro przyjdzie nam się definitywnie rozprawić ze ścianą....

Tej nocy chyba nikt z nas nie śpi spokojnie, jutrzejsza zagadka nie daje spokoju. Myślę o trudnościach, które czekają na nas w ścianie, przez głowę przemykają różne zakończenia naszej przygody.

Godzina 3.30, wstajemy, parzymy herbatę i w drogę. W oddali widać zbliżającą się z dołu grupę migoczących czołówek. To wspinacze ze schroniska Sass Fura chcący jak my ujarzmić północną ścianę Badile. Pod Nord Kantem tłok, jak nigdy, czyżby oni wszyscy szli na cassina? Cholera, jakby tak było to będziemy chyba 10 zespołem! Po chwili nasze obawy się rozwiewają, większość z tych ludzi to turyści, którymi dowodzą przewodnicy - alpiniści. Ich szczytem marzeń i możliwości jest zdobycie Nord Kantu, nie patrząc na styl i etykę obowiązującą w górach. Mam tu na myśli szczególną ostrożność, którą należy zachować przy wchodzeniu, o pamięć i rozwagę wobec drugiego człowieka. Niestety dla niektórych jest bez znaczenia, czy ktoś jest pod nimi i obrywa kamieniami, czy nikogo nie ma.

Aby dostać się pod drogę cassina musimy przetrawersować 200 metrów ściany, w czym nie pomagają nam ci z Nort Kantu, ostrzeliwując nas nieświadomie kamieniami wielkości arbuzów. Jeden świsną koło mojego lewego ucha. To mój dziadek nie zginął od kul nieprzyjaciela w 1939, a ja mogę oberwać w taki głupi sposób! Irytujące.

Odcinek nazwany przez nas "Deszcz meteorów" już za nami, stoimy przed pierwszym wyciągiem. Przed nami wspina się jeden zespół, za to za nami ustawia się długa kolejka oczekujących, a wśród nich dwójka z Polski: Pusty i Kinder, którzy niefortunnie zapomnieli nabrać wodę i nasze drogi się rozeszły.

Droga Cassina, nie wymaga posiadania wielkich umiejętności technicznych, ważna jest tu przede wszystkim wytrzymałość, bowiem jest to 25 do 30 wyciągów nieprzerwanej pracy. Z całością drogi należy się zmieścić od wschodu słońca do jego zachodu, ale i tu nie ma reguły. Słabsze zespoły, tak jak nieoczekiwanie napotkani w ścianie na 16 wyciągu Czesi, wybierają opcję kiblowania w niej, ale to się chyba zdarza niezwykle rzadko.

Mogłem się sam przekonać, że nieoczekiwaną trudnością może być kruchość i słaba jakość skały w górnych partiach ściany. 20 wyciąg, jestem na prowadzeniu, wspinam się spokojnie, nucąc sobie pod nosem "czerwone korale". Sielanka. Ostatni punkt przelotowy to stary cienki, skorodowany haczyk wbity jakieś 10 metrów pode mną. I z tej całej sielanki, wyłania się tragiczna sytuacja, z której do tej pory nie wiem dlaczego wyszedłem cało. Moja lewa ręka odpada wraz z 30 kilowym blokiem, przed oczami mam już swojego Anioła Stróża ze złożonymi rączkami. Nie wiem jak, jakim sposobem, odruchowo, zawieszony przez moment w próżni udaje mi się złapać małego ząbka wystającego ze ściany. Teraz słyszę z dołu tylko huk roztrzaskującego się bloku. Konsternacja, nie mogę się ruszyć, serce wali jak oszalałe, jeszcze psychicznie nie ogarnąłem tej sytuacji, nie wiem czy jestem, czy już mnie nie ma........

Urzekające widoki z wierzchołka Szczyt Piz Badile 3308 metrów osiągamy o godzinie 12.30, po trwającej 6h 30' walce. Jesteśmy szczęśliwi, ściskamy sobie dłonie, dziękujemy. To chwila niezwykła, z tej perspektywy świat wygląda inaczej, jest zaczarowany, jakby piękniejszy. Wydaje nam się, że osiągnęliśmy wszystko. Jesteśmy po tamtej stronie chmur. Upajamy się wolnością...

Po 5 godzinach zjazdów meldujemy się w komplecie w namiotach. Naszej dzielnej dwójce - Pustemu i Kinderowi też się udało. Pomimo ogromnego zmęczenia i wyczerpania na naszych twarzach widnieje szczery uśmiech, zdradzający radość z tego co dokonaliśmy. Przed nami ostatnia noc...

To był skrót tego co przeżyliśmy podczas pobytu w lipcu 2003 roku w Szwajcarii. W tym opowiadaniu starałem się choć trochę oddać klimat i emocje jakie nam towarzyszyły w trakcie wspinania. Naturalnie są to tylko moje spostrzeżenia i osobiste przeżycia związane z wyprawą, wszystkie wątki opisałem i przedstawiłem zgodnie z własnymi wrażeniami towarzyszącymi mi w podróży.

Marcin Durkiewicz

Więcej zdjęć można obejrzeć w specjalnej galerii poświęconej temu właśnie wyjazdowi.

Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy