Strona główna » Artykuł » O wyprawie na szczyt Muztagh Ata opowiada Mateusz Oleksy (VII 2006)

Muztagh Ata (7546 m n.p.m.)

Relacja z wyprawy w góry Kun Lun
lipiec 2006

Mateusz Oleksy



27.06.

7 wspaniałych - Biszkek, dzień 0 W dziewięciu wylatujemy z Warszawy do Moskwy. Po paru godzinach przerwy i kilku Baltikach lecimy dalej do Bishkeku, stolicy Kirgizji.



28-30.06.

W niespełna dwie doby przemieszczamy się z Bishkeku do Kaszgaru w Ujgurii (Chiny, jakby kto nie wiedział). Cały Kirgistan jest górzysty (średnia położenia to Rysy), drogi kiepskie, miejscami szutrowe, miejscami zawalone głazami. Z Bishkeku do Osh (700 km.) jedziemy marszrutką 20 h. Dalej pniemy się jeepem na płaskowyż Pamir (4000 m. npm) i do granicy w Irkesztam. To była w sumie cała nasza aklimatyzacja. Leitmotiv tej części wyprawy to pierdy oraz kwestia winy.



30.06-1.07.

Zbliżamy się do celu Seman Hotel, Kaszgar. Zbijamy bąki, machamy pałeczkami, drinkujemy, jak byśmy byli na wakacjach. I targujemy się z Johnym, anglojęzycznym Chińczykiem, który wie jak robić kasę na naszych westmańskich zachciankach. Nam załatwia w ekspresowym tempie pozwolenie na Muztagha za jedyne 1180 $. Na szczęście, ten wydatek pokryła firma Hannah. Grazie!


2.07.

W drodze do base campu 5h jedziemy mikrobusem do Subashi u podnóża Celu. Przejeżdżamy przez pustynię, wjeżdżamy w góry Kun Lun. Suche góry, ascetyczne, strzeliste wierzchołki, ostre granie. W końcu docieramy do serca gór, jeziora Karakol. Po jednej stronie jeziora rozciąga się zamglone pasmo Kongura, po drugiej lepiej widoczny masyw Muztagha. Na miejscu juczymy nasze dwa wielbłądy pakując na nie niemiłosiernie dużo bagażu i sprzętu. Wziąłem na siebie około 20 kg, a na garbacza scedowałem 10, niektórzy zrobili na odwrót, skutkiem czego jeden wielbłąd po kilku kilometrach zrzucił ładunek i trzeba go było juczyć od nowa. Niemniej, tragarze z wielbłądami, którzy na początku wlekli się za nami, dotarli do basecampu (4400 m npm) pierwsi, po jakiś 5 h. marszu. Do zmroku na miejsce dotarli wszyscy. Na miejscu jest chłodno, zaczyna prószyć śnieg.



3.07.

Seraczki Pierwszy dzień operacji górskiej. Nikomu się nie chce, więc idę do camp1 sam. Zostawiam depozyt na 5300 m., wracam do basecampu. Wśród członków załogi aklimatyzacja przebiega różnie, generalnie kiepsko. Ja czuję się przyzwoicie. Wypatruję antenę na wzgórku ponad obozem, gramolę się tam i łapię zasięg. Wyobraźcie sobie, że do 6000 m łapaliśmy pełny zasięg, a i powyżej też się chyba udało, choć głowy nie dam (ani paznokcia).



4.07.

Iceform Przenosimy się do camp1, tuż ponad granicą śniegu. Miejsce na obóz kiepskie, na dość pochyłym i oblodzonym terenie. Dobrze, że pod ręką są kamienie, gdyż moje śledzie gną się przy próbie wbicia ich w lód. Ja znowu czuję się nieprzyzwoicie dobrze, natomiast większości ekipy choroba wysokościowa daje się już ostro we znaki. Pod wieczór idę na spacer pod imponującą grupę seraków (jakieś 5600 m). Po drodze odkrywam, że na około 5500 m jest znacznie lepsze miejsce na obóz, równiutka platforma, gdzie rozbili się Singapurczycy i Austriacy. Dookoła obłędne widoki na pasmo Kongura z masywem Kongur Jubie i nieprzebrane łańcuchy szczytów aż po horyzont. Klimacik podbija zachód słońca. Podekscytowany wracam do namiotu.



5.07.

Iceform 2 Nie ma chętnych, więc znów uderzam sam pod górę z zamiarem dotarcia do 2. Nic z tego, bez pary i motywacji zawracam na raptem 5800 m. W obozie nastroje minorowe, aklimatyzacja nie przebiega jak marzenie. Część ekipy zaczyna myśleć o wycofie do bazy.



6.07.

Czwarty dzień operacji. Rano nie bardzo mogę wydusić z chłopaków, kto idzie do 2 poza Hautonem. Już spod seraków przekonuję się, że jest nas dwóch. Pogoda od dwóch dni jest doskonała, ale przez to słońce trochę daje się we znaki. Po drodze mijamy prawdziwą galerię fantastycznych form śnieżnych, dwie gigantyczne przepaście. Marcin idzie na skitourach, ja w rakietach śnieżnych (gorsza opcja, mozolniejsza). Wkrótce wyprzedza mnie. Końcówka podejścia jest bardzo drenująca, co gorsza obóz siedzi w niecce, toteż widać go dopiero z kilkudziesięciu metrów. W końcu któraś chorągiewka okazuje się być tą ostatnią i przed moimi oczami rozpościera się taki widok: w wejściach do namiotów, ustawionych w rzędzie, siedzą sobie wygodnie Amerykanie, gaworzą i opalają sobie buźki. Po kolejnych 10 min. sapania i człapania jestem dość blisko żeby ich pozdrowić.

Camp 2 Do camp2 (6200 m npm) docieram więc koło g.18, godzinę po Marcinie, który niezwłocznie zjechał do 1. Śpieszę się z obawy, że nie zdążę przed zmrokiem, ale zejście okazuje się łatwe, przyjemne, i szybkie. Mam nawet czas na foty i podziwianie tej nierealne krainy kolosalnych śniegowych rzeźb. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Pierwszy raz też widzę przeciwległe pasmo Kongura w całej jego okazałości, wraz z groźnie wyglądającym wierchem Kongur Tagh (7719), najwyższym szczytem Kun Lun, który z tego, co mi wiadomo, po pierwszym wejściu grupy Boningtona został zdobyty tylko kilka razy.



7.07.

Kongur W obozie sytuacja o poranku wygląda tak, że większość szykuje się do zejścia do bazy, a do 2 idziemy tylko we dwóch z Hautonem. I tak już zostało. Jestem w gazie i 2 osiągam gdzieś koło 15. Pusto, ni duszy, prócz Austriaka Franza, który wygląda jakby pół żywota spędził na tych wysokościach. Jest cholernie skwarno, widzę, że jak rozbiję moją jedynkę, to się w niej uwędzę. Z pomocą przychodzi Franz i proponuję mi agencyjny namiot, który akurat tej nocy jest wolny, więc pakuje się do środka. Po chwili Franz przychodzi z kawą i pokazuje mi trzy torby pełna żarcia. Zostawili je Szwajcarzy, same frykasy, Franz mówi, żebym się nimi zaopiekował. Ja wohl Muti! Po pięciu dniach wcinania liofilizatów głównie, pumpernikiel z masełkiem i pastą łososiową jest mile widziany, na deser pyszne ciasteczka też. Widzicie, to mnie właśnie kręci w górach. Po 1,5 h dociera Marcin, jest zadowolony, że nie został sam. Dopinamy plan. Nazajutrz atak szczytowy, prosto z 2 z pominięciem 3 (6800 m).



8.07.

Niezdobyty Pobudka o 4 rano. Start po 5. Jest bardzo zimno. Mimo, że idziemy obaj w skorupach z ocieplanymi botkami wewnętrznymi, paluchy marzną, boimy się odmrożeń. Pokazuje się słonko i garniemy się strasznie do oświetlonych miejsc, ale takie młode słońce na niewiele się zda. W końcu dochodzimy do 3, jest tam jeden namiot, jak się okazuje pusty. Mam pomysł, wkładam kurtkę puchową w śpiwór syntetyczny Marcina i grzejemy sobie kończyny. Czeka nas jeszcze ponad 600 m. przewyższenia. Idzie się ciężko. Strasznie chce mi się spać, prawie nie spałem ostatnie dwie noce, posuwiste kroki Marcina hipnotyzują mnie. Podejście pod szczyt wygląda jak most zwodzony na wpół podniesiony do góry, wielka szeroka platforma powoli zwężającą się, po obu stronach niebo i zaokrąglony horyzont, szczytu nie widać. Przechodzę mały kryzys i myślę o tym, żeby zawrócić, ale jakoś tak idę za Marcinem z ciekawości.

Odrobina prostytucji Przychodzi dość silny wiatr i podnosi pył śnieżny. Robi się całkiem nierealnie. Niebo, tańcujący śnieg, Marcin przede mną, a szczytu wciąż nie widać. Tak idziemy bite 5 h. W końcu jakieś 100 m. po naszej lewej stronie widzimy kilka małych stożkowatych form i dwa kopce z kamieni. Niższy z nich to szczyt. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Jest 14 z minutami. Nie mamy siły na euforie. Kilka zdjęć dla sponsorów i zmywamy się. Marcin asekuruje mnie aż do miejsca, gdzie zostawiłem plecak przytroczony do chorągiewki. Po czym zjeżdża do dwójki. Temu to dobrze. Ja docieram tam po 17. Na szczęście w rakietach schodzi się dość szybko, ślizgając się po śniegu. W namiocie wreszcie odprężenie. Nie jestem skonany, ale nie chce mi się schodzić dzisiaj do bazy. Koło 19 Marcin zjeżdża do bazy. Ja schodzę kolejnego dnia po 8 h głębokiego snu. Ha, wtedy złapałem totalną aklimatyzację!



9.07.

Ewakuacja - tygodniowy pobyt w Kashgarze poświęcony eksploracjom kulinarnym.



17.07-1.08.

Autor niniejszej relacji był zajęty bujaniem się samotnym po Kirgizji, gdzie zaliczył m. in. uroczy tygodniowy trekking w górach Tien Shan, ale to inna historia.


Na kirgiskich szlakach


Kilka uwag praktycznych na wypadek, gdyby ktoś miał chrapkę na ten szczyt:
Potwierdzam zdanie, że ten olbrzym jest łatwy technicznie. Głównym wyzwaniem jest wysokość, natomiast nachylenie jest cały czas dość łagodne. Od camp1 trasę wyznaczają regularnie umieszczane żółte chorągiewki oraz czerwone, które jak przypuszczam wskazują granice bezpiecznego zjazdu dla narciarzy. Przed operacją na głównym masywie Muztagha, warto zrobić kilkudniową aklimatyzację, zdobywając któryś z okolicznych łatwych 5 tysięczników. Aklimatyzacja na samym masywie może być bardzo demotywująca, gdy przebiega boleśnie, zwłaszcza, że dolne partie, gdzieś do 5800 m nie są zbyt atrakcyjne. My uderzyliśmy prosto na masyw i niestety większość wycofała się nie przekroczywszy bariery 6000 m. Czyli nie liznąwszy cycka. Pozwolenie warto zamówić mailowo u Johna z miesiąc przed wyjazdem. Jeśli ktoś potrafi nieźle jeździć na nartach, to jest to góra stworzona pod skitoury. Nawet podejście jest bez porównania łatwiejsze w skitourach niż w rakietach śnieżnych, nie wspominając już o samych butach czy rakach. Tych ostatnich użyłem raz, gdy zmroziło uprzednio podtopiony śnieg, ale zasadniczo były zbędne, wystarczyły rakiety z kolcami. W sklepie podróżnika można zakupić mapę Kongura i Muztagha, albo odbić sobie moją gdyż mapa jest droga (około 80 zł., jeśli dobrze pamiętam). Z ubrania: puchy są zasadniczo zbędne, choć dla celów biwakowych warto mieć kurtkę lub sweter puchowy. Dwa grube polary i gorek na górę i jeden polar oraz spodnie gore powinny wystarczyć; skorupy z ocieplanym botkiem wewnętrznym, odradzam buty skórzane gdyż mogą naciągnąć wilgocią; ciepłe rękawiczki typu windstop + łapawice; bielizna odprowadzająca pot; okulary z filtrem 4 (około 95% redukcji promieniowania świetlnego);koniecznie coś na usta, chustę albo maskę poliprylenową. Warto też mieć chemiczne rozgrzewacze, których nie mieliśmy, a bardzo by się przydały w pierwszych godzinach ataku szczytowego. Poza tym koniecznie albo rakiety śnieżne albo skitoury. Polecam też śpiwór puchowy (przynajmniej 1000 gram wypełnienia dobrym gęsim puchem), choć niektórzy koledzy radzili sobie w syntetykach oraz wysokiej jakości palnik, gdyż pije się głównie stopiony śnieg.

Mateusz Oleksy


Coć ładnego dla odmiany
 

Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy