Strona główna » Artykuł » Opis Marcina Durkiewicza z wyjazdu do Les Calangues (XII 2002 / I 2003)

Les Calangues

GROTTE DE L'OURS

(19 XII 2002 - 8 I 2003)


Jest 13 grudnia, niby normalny dzień, ale w głowach ludzi mojego pokolenia podświadomie, niczym strzały z nikąd, ukazują się obrazy i wspomnienia sprzed 21 lat. Zawsze ten dzień w mojej pamięci pozostanie jako ten inny, ten w którym po raz pierwszy widziałem setki czołgów, mozolnie posuwających się w jednostajnym ruchu pod moimi oknami. Dzień, którego z pamięci wykreślić się nie da.

I na dodatek 13, myślę sobie, że to musi być klapa. Już na nic nie liczę, tylko przebrnąć przez to w jednym kawałku. Jak w każdy piątek idę na ściankę, na której dowiaduję się o wyjeździe do Francji i świątecznej promocji na przejazd Łódź - Lyon, i z powrotem. Uwaga!!! Cena biletu to jedyne 159 PLN, więc natychmiast się decyduję i już o niczym nie mogę myśleć, tylko o tonącej w słońcu Marsyllii, i tamtejszych "trudnościach" do pokonania.

Czy w 1981 roku byłoby to wszystko możliwe, Zachód, wyjazd, słońce w środku zimy?!?!

Skład ekspedycji to Marlena (Marta), Kloper (Mateusz), Fijał (Maciek), Sławek i ja. Wyjechaliśmy z Łodzi 19 grudnia o godzinie 14-tej. Podróż trwała 26 godzin i poza kilkoma wyskokami Fijała (toksyczne wiatry), podróż upłynęła nam w miłej atmosferze.

Prawdziwe kłopoty miały się zacząć na miejscu, bo przecież dla tych co się nie orientują Marsylia od Lyonu jest oddalona o 350 km, a zasięg naszego biletu sięgał do Lyonu. Niestety nie było możliwości zrezygnowania z dalszej jazdy poza określonymi w planie podróży przystankami, aby pozostać na autostradzie i łapać "stopa". Ostatecznie po całodobowej podróży wysiedliśmy na świeże powietrze o godzinie 16-tej i zaraz udaliśmy się pod wiadukt (20 min drogi od dworca autobusowego) kontynuować dalszą podróż. Podzieliliśmy się na trzy grupy, byliśmy mile zaskoczeni życzliwością Francuzów i chęcią niesienia pomocy turystom z Polski. Jak to, wyciągnięcie ręki, chwilka i już w samochodzie?! Przecież w Polsce to się nie zdarza. I tak przed północą stawiliśmy się w komplecie w miejscu spoczynku, czyli w Grotte de l'ours.

Fijał i Sławek zadbali już w ubiegłym roku o wygodne miejsce do spania, zbudowali tzw. Kamienny krąg, który z każdej strony był obwarowany pół metrowym murem, a powierzchnia kręgu była gładka jak lustro. Ale niestety, krąg mógł pomieścić tylko trzy osoby i Mateusz jako głowa rodziny Klopsów musiał zadbać o legowisko sam (wybrał takie miejsce, że w deszczowe noce byli zalewani :)).

Rejon, w którym znajduje się Grotte de l'ours to Les Calangues. Jest to Park Narodowy znajdujący się w Luminy (35 minut drogi autobusem linii 21 z Marsyllii). Rejon ten położony jest nad samym Morzem Śródziemnym, w wielu sektorach ściany wychodzą bezpośrednio z morza tworząc niepowtarzalny charakter tego miejsca.

Jedną z charakterystycznych cech regionu jest specyficzny zapach. Marsyllia to rejon Prowansji, która słynie przecież z bardzo aromatycznych ziół, które rosną tu na każdym kroku. Po paru dniach pobytu, dominacja tegoż specyfiku w naszych nosach zanika. Aklimatyzacja się udała:)!!!

Poranek następnego dnia jest dość ciepły, lecz wiatr wiejący od morza, daje się we znaki. Krzątamy się z niedogotowaną kawą po naszym nowym domu, jeszcze nie dowierzając, że udało nam się uciec srogiej zimie, która miała niebawem nadejść do Polski. Szybkie wióry, przepakowanie sprzętu i już jesteśmy na ścieżce prowadzącej pod ścianę. Przewodnikami naszej gruby byli oczywiście starzy bywalcy groty - Sławek i Fijał. Rejony skalne odwiedzane przez naszą grupę to:
- Socle de la Candelle,
- Le Virage,
- Paroi des Toits
- i oczywiście idąc za przysłowiem " WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ" Grotte de L'ours, gdzie każdy z nas miał swoje ekstremum, do którego nieustannie się przystawiał.

Poza tymi rejonami było wiele innych ścian godnych zbadania, ale albo z braków sprzętowych (brak łodzi), albo z niechęci przespacerowania się trochę dalej, zaniedbaliśmy je.

Formacja skalna była niejednoznaczna i niejednorodna. W każdym z sektorów coś innego, oblaki, krawądki, pitki, przewieszenia, dachy, ściany połogie. Dla każdego coś miłego! Lecz wszystkie sektory miały jeden wspólny mianownik - ich wysokość, która wahała się między 25-38 m. To już nie są podkrakowskie skałki. Osoby, które mają braki wytrzymałościowe już mogą zacząć ładować na obwodach, na sztucznych ściankach:).

Wieczory były długie, zachód słońca ok.18-tej. Po kolacji byłem już tak zmęczony i szczęśliwy, że zaraz zapadałem w kamienny sen. Nie wszyscy jednak tak organizowali sobie wieczór. Fijał męczył wszystkich swoimi rozważaniami na temat matematycznego sensu istnienia i rzeczy, które nas otaczają. Czasami było to ciekawe, ale nie wtedy, kiedy zmęczeni dniem chcieliśmy zasnąć, a Fijałowi nie zamykała się buzia.

Natomiast, najbardziej oryginalny sposób na spędzenie wieczoru miała rodzina Klopsów. Szybka kolacja, a po niej............ wielka uczta czekoladowa (zjedli 50 tabliczek czekolady!!!) syto zakrapiana francuskim winem z najwyższej półki. Po całej ceremonii jedzenia i picia nie mieli zwyczaju umyć ząbków i cichutko wsunąć się do śpiwora. Zaczynała się "wielka zabawa", rzucanie słodkimi resztkami ze stołu, rozrzucanie śmieci, wrzaski i nieustający, jakże specyficzny, śmiech Klopsa. I tak, konsekwentnie, noc za nocą grali nam na nerwach, a dodam, że tylko Sławek przewidział ich zachowanie i zabrał z kraju STOPERY:).

Oczywiście były chwile w których nie wytrzymywaliśmy ze sobą z innych powodów, ale ten problem rozwiązywał ciepły prysznic w miasteczku studenckim w Lumine.

I tak mijały dni...

6 stycznia 2003 roku rozpoczęliśmy dzień ostatnim kubkiem "kawy".
Był to dzień odwrotu. I jak Marsyllia przywitała nas słońcem, tak teraz było ok. -2 C i zdradzieckie niebo zakryte kłębiącymi się chmurami, z których jak pociski samolotów wroga spadały ogromne krople deszczu. Ze wsząd można było usłyszeć niespokojny głos Mistrala, zapowiadający przyszłe wydarzenia.

 ... Byliśmy konsekwentni, podział na te same grupy uderzeniowe, krótkie słowo POWODZENIA i w drogę. Każdy na własną rękę, aby tylko dostać się na czas do Lyonu, gdzie 7 stycznia o 12.30 miał odjeżdżać nasz autobus do Polski. Pogoda nie pogarszała się, było tak samo tragicznie jak przez cały dzień, tylko czas uciekał. Rodzina Klopsa i Fijał wybili się z Marsyllii, ja i Sławek padliśmy ofiarą losu, który jak można było sądzić ( po stopowaniu do Marsyllii) sprzyjał nam. Ale nic nie trwa wiecznie, 8 godzina na ulicy w Marsylli, przemoczeni, zziębnięci stoimy jak dwie gąbki wchłaniające hektolitry zimnego deszczu. Ile one mogą pomieścić w sobie wody, czy nie mają dna? Kłębią się pytania w zgąbczałej głowie....

To koniec, częstotliwość ruchu samochodów ma się tak jak ilość suchych włosów na naszych głowach. Pozostaje nam pociąg, to ostatnia deska ratunku!!!!!

Trafiamy na Główny Dworzec Kolejowy w Marsyllii, kupujemy bilety i nie pozostaje nam nic innego jak czekać na pociąg do 5 rano w cieplutkiej poczekalni. Ufff...jesteśmy uratowani. Zmęczenie zwycięża nad świadomością, powieki powoli zamykają się i zapadamy w płytki sen przerywany wrzaskami tamtejszych mieszkańców.

Lecz to nie koniec niespodzianek. Około 1 nad ranem budzi nas jakiś koleś w mundurze Klosa i mówi nam, że zamyka cały dworzec i mamy wyjść. Jeszcze z niedowierzaniem, półprzytomni staramy się wytłumaczyć, że jesteśmy turystami, mamy bilety i czekamy na pociąg do Lyonu. Nic to nie daje, kątem oka widzimy jak jego współbratyńcy dosłownie wynoszą wszystkich na zewnątrz. Aby uniknąć konfrontacji cichutko zbieramy swoje rzeczy i już nas nie ma.

Mój sposób na przeszywający chłodny wiatr i ujemną temperaturę to bieganie w tą i z powrotem po dworcowych schodach ( 93 stopnie). Niezły trening, bo następnego dnia czułem zakwasy w łydach.

W Lyonie byliśmy o godzinie 11. Na szczęście wszystkim się udało dotrzeć na czas, w autobusie stawiliśmy się w komplecie. Już tylko 26 godzinna podróż i w domu.

Wyjazd do Francji zaliczam do swoich najlepszych pod każdym względem, różnorodność dróg, długość, warunki, pogoda, niepowtarzalne widoki i zgrana grupa. To rzeczy które dają satysfakcję i poczucie spełnienia.


 

A ostatnie dni...

pisząc te słowa w ciepłym pokoju, pijąc gorącą herbatę i przegryzając ciasto myślę, że nie były tak tragiczne jak je przedstawiłem. Opisałem je troszeczkę przesadnie i na wyrost. Tak naprawdę wszystkim życzę, aby sami się przekonali o uroku marsylskich skał i całej Francji. Nie będziecie żałować!!!

Jeśli chcecie uzyskać dokładniejsze informację (koszty, sprzęt, dokładną lokalizację) to piszcie na adres: martinito@2com.pl

Marcin Durkiewicz
Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy