Strona główna » Artykuł » "Halina, czyli kondomium na kółkach" - Piotr Żuchowski a la Q. Tarantino (2009)

Halina, czyli kondomium na kółkach

Piotr Żuchowski

 

Sasza Meier przeciskał się alejkami kempingu w poszukiwaniu miejsca, gdzie zdołałby zaparkować swój wielki wóz. Gałęzie drzew uginały się pod naporem metalowego cielska, by chwilę potem móc z ulgą powrócić do naturalnej dla nich pozycji. Szum przy tym był tak duży, jakby ów mamut na kołach sapał z wysiłku torując sobie drogę przez gąszcz zieleni. Wóz zaiste był ogromny. Za czerwoną szoferką z podwójnym rzędem drzwi, która sama mogłaby pomieścić całą gromadę osób, zaczynała się jeszcze bardziej przysadzista część mieszkalna pomalowana na zielono. Farbie już dawno brakowało świeżości. Mercedes – jak wynikało z równie okazałego, co sam wóz emblematu zdobiącego maskę pojazdu – miał ze 30 lat. Przez okienka umieszczone na burtach można było dostrzec półki z ustawionymi na nich garnkami i innego rodzaju sprzętem.

Wóz wzbudził sensację wśród innych mieszkańców kempingu. Liczne pary oczu śledziły powolny ruch monstrum. Meiera rozpierała duma. Spoglądał na kemping z wysokości swojej szoferki. W pewnym momencie wzrok jego padł na parę, która przyglądała się zjawisku z szeroko otwartymi oczami, jakby zmuszona do tego nienaturalnego grymasu chęcią objęcia widoku w całości. Meier z poczuciem wyższości ocenił ich „malutki” 3-osobowy namiot z przedsionkiem i biały miejski samochód produkcji bodajże koreańskiej.

Ach – któryż to już raz Meier ciepło i z podziwem wspomniał doktora Kollera – cóż za prawdziwie mądry lekarz. Raczej jakiś rabin, o których opowiadała mu kiedyś jego grossmutter.

— Scheisssse!!! – Meier momentalnie nacisnął hamulec i osadził maszynę w miejscu, cudem unikając zderzenia.

family-car Musiał nieco wychylić się znad kierownicy, by poniżej, centymetry od zderzaka dojrzeć amerykańskiego Dodge’a w stylu family-car, takiego z szerokim drewnianym pasem zamiast blachy wzdłuż nadwozia, jakie spotyka się jeszcze na filmach produkcji USA z lat osiemdziesiątych. Meier piorunującym wzrokiem ocenił drugiego kierowcę. Ty bucu! – mruknął pod nosem. He, he! Wygląda – przyszło mu na myśl – wygląda jak ten pajac Al Bundy z tego serialu „Świat według Bundych”. Poczekał aż tamten pokornie zjedzie mu z drogi, skręcił ostro w lewo i osadził swoją amfibię na miejscu, zajmując całą niemalże przestrzeń wyznaczonego placu. Z wozu wysypała się gromadka dzieci, a za nimi żona.

Meier czuł się szczęśliwy. Choć musiał sprzedać dom, by zakupić auto, pojazd zakończył jego życiową gehennę. Mercedes bez trudu pomieścił jego samego, żonę oraz piątkę dzieci, było też miejsce na szóste, aktualnie w drodze. Jego jedyny w tej chwili dom zapewniał rodzinie komfortowe warunki mieszkalne i jednocześnie pozwalał przemieszczać się bez ograniczeń. Zmieścił się również cały dobytek, którego Meier dorobił się w swoim wieśniaczym życiu.

Sasza Meyer był prostym chłopem z zapadłej wsi Kirchenbirkung pod Storkovem, gdzieś między Berlinem a polską granicą. Imię Sasza otrzymał – podobnie jak wielu jego kolegów – po jednym z radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Storkovie, z którego też pochodziła babka Saszy. Tego jednak Meyer nie wiedział. Ożenił się w wieku lat 26, gdy na świat miały przyjść bliźniaki. Potem, rok w rok, jego rodzina powiększała się regularnie. W pewnym momencie ścisk w izbie, którą zamieszkiwał z najbliższymi, stał się nie do wytrzymania. Dramatyczna sytuacja zmusiła Meiera do szukania pomocy u lekarzy. Rady jakich udzielali napawały jednak prostego bauera z Kirchenbirkung mieszaniną przerażenia i obrzydzenia. On, Meier, miałby dać się wyste... wyser...wystre...wykastrować, jak jakiś kapłon?!? Szóste dziecko w drodze zmusiło jednak Meiera do kolejnej próby szukania pomocy medyków. Wyruszył traktorem do najbliższego przystanku, gdzie przesiadł się na autobus do odległego – jak mu się wydawało – Storkova.

Miał go przyjąć doktor Koller. Meier wszedł do gabinetu, usiadł na stołku i miętosząc czapkę w rękach zaczął niepewnym głosem:

— Herr doktor, ja już nie mogę, no nie mam miejsca w chałupie. Jedna izba a tyle dzieciów. Piątkę ich mam a szóste najdzie w październiku. Cztery lata, jak po ślubie jestem a co roku nowe. Co z żoną pod pierzynę wleziem, to kolejny dzieciak. Ja nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, czy może to jakaś choroba jest. Inni sobie dogadzają i nic.

Doktor Koller znał przypadek Meiera z opowieści kolegów – Storkov to znowu nie tak duża mieścina. Wiedział, że pacjent histerycznie reaguje na wszelkie wspominki o antykoncepcji, a nie daj Boże, sterylizacji. Niemal nie słuchał Meiera. Całą swoją uwagę skupił na tym, jak tu zgrabnie wybrnąć z niezręcznej sytuacji, tak by medycyna nie straciła twarzy, a pacjent zyskał poradę.

Nie zdążył... Pacjent skończył i siedział teraz w oczekiwaniu na odpowiedź.

— Ehm... może by... – lekarz gorączkowo szukał właściwych słów, lecz one nie napływały – ... musi Pan, Panie Meier... oczywiście... kondo... mium spróbować – zakończył bezradnie rozkładając ręce. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Nie wiedział nawet, czy takie słowo istnieje, ale zrobił, co mógł, by nie urazić uszu pacjenta, nadając słowu uczony charakter.

— Aha, oczywiście!?! – wyrwało się nic nie rozumiejącemu Meierowi – Dziękuję Herr doktor. Meier wstał i pospiesznie opuścił gabinet speszony swoją ignorancją. Koller z ulgą patrzył, jak drzwi zamykają się za pacjentem.

Meier stał na korytarzu skołowaciały. Jednak dziwne słowo ciągle dźwięczało mu w uszach. Powtarzał je w myślach, gdy wracał na dworzec autobusowy – nie dawało spokoju. Nie całkiem świadomie wybrał właściwą linię powrotną, nieustannie mamrocząc po cichu obcy termin. Kondo...mium, kondo...mium – natrętne słowo nie przestawało rozbrzmiewać wewnątrz głowy, gdy jechał oparty czołem o szybę autobusu. Gdzieś na peryferiach jego świadomości dwaj chłopcy w wieku szkolnym prowadzili rozmowę:

— Muszę, kurde, na jutro przygotować referat na biologię, a nic jeszcze nie mam.

— Zapytaj Dziadka Google, tam na wszystko znajdziesz odpowiedź. Czego nie ma w necie, to nie istnieje.

Zatopiony w myślach Meier niemal przegapił Kirchenbirkung. Gdy wysiadł z autobusu, wzrok jego padł na budynek poczty. Myśl jasna jak piorun przebiegła przez jego umysł. Pobiegł w kierunku urzędu. W okienku – jak się spodziewał – siedziała Helga, znajoma z lat szkolnych.

— Serwus, Helga!

— Serwus, Sasza!

— Mam do ciebie prośbę, Helga.

— No?

— Masz tu, ten... no... internet, nie? Słyszałem, że można w nim zapytać jakiegoś dziadka Gugle, a on zna każdą odpowiedź.

— Aha, no tak, a o co chodzi?

— Zapytaj go, co to jest, ten... no, yyy, kondominium – wycedził Meier nie będąc już pewnym brzmienia.

Helga w zdziwieniu podniosła brwi i wskazującym palcem wystukała na klawiaturze k-o-n-d-o-m-i-n-i-u-m. Na ekranie pojawiła się kolumna niebieskich napisów, z których Meier niewiele rozumiał. Helga kliknęła na najwyższy z nich. Oboje zastygli w oczekiwaniu...

Po chwili na ekranie, poczynając od góry, powoli zaczęła odsłaniać się witryna. Meier dostrzegł kolorowy napis Ebay. Poniżej zaś kawałek po kawałku monitor odmalowywał przed nim najpiękniejszy widok na świecie. Oczy świeciły Meierowi w niemym podziwie, gdy patrzył na ogromną czerwono-zieloną budę, znacznie większą niż jego chałupa. Czarne koła dźwigały gmach, w którym mógłby bez trudu pomieścić się z całą swoją rodziną. Pod spodem sprzedający zachwalał wystawiany towar:

Super oferta! Kempingowóz. Mercedes. Rok produkcji 1971. Przebieg 300 tys. km. Nareszcie w wakacje nie będziesz gniótł się w przyczepie lub namiocie. Pomieści 8 i więcej osób. Prawdziwe KONDOMINIUM NA KÓŁKACH!!!

Meier stał z rozdziawioną gębą, patrząc na swój nowy dom.

 

— Sorri, sorri! – wołał Vicio przemierzając kolejne tarasy kempingu w poszukiwaniu pomocy. Wszyscy pozaszywali się już w swoich namiotach i przyczepach, mimo że cisza nocna na hiszpańskich kempingach traktowana jest bardzo swobodnie. Musi być naprawdę późno – pomyślał Vicio – był jednak zdesperowany. Gdy pomyślał, że i tej nocy miałby cierpieć katusze, zrobiło mu się niedobrze. Boże, jak to wczoraj długo trwało. Albo mu się tylko wydawało, że tak długo, gdy spalony haszem umysł pracował na zwolnionych obrotach? A może to dzisiaj wydaje mu się, że wczoraj wydawało mu się, że to tak długo trwa??? W każdym razie czuł jeszcze spuchnięte usta i smak gumy na języku.

— Sorri, sorri! – zajęczał więc błagalnie. Czyżby jednak już tędy przechodził? Ale kiedy to było – godzinę temu? Niemożliwe. Vicio, weź się w garść, drugi raz nie dasz rady. Trzeba było zatrzymać się w jakimś supermarkecie, gdy tu jechali. Ale czy mijali jakiś supermarket??? Niewiele pamiętał od kiedy wyruszyli z Andaluzji. Podróż układała się w ciąg nielogicznych epizodów. Nagle usłyszał jakieś głosy w języku, którego nie potrafił rozpoznać. Minął kolejny taras w kierunku, z którego – jak mu się teraz zdawało – dobiegała głośna rozmowa.

— Sorri, sorri! – zakwilił po raz kolejny w sposób uniwersalnie zrozumiały dla wszystkich nacji.

Cisza... Viciowi z rozpaczy ścisnęło gardło. Przecież na pewno słyszał, tym razem umysł nie mógł go oszukać.

— Yes? – zabrzmiało zbawienne pytanie.

— Espaniol? – odpowiedział pytaniem Vicio. Miał nadzieję, ze będzie mógł używać swojego ojczystego języka. Nienawidził posługiwać się opanowanym w średnim stopniu angielskim, gdy był ujarany haszem. Właściwie to nieustannie nie lubię rozmawiać po angielsku – chwila zadumy nad własnym życiem spłynęła na Vicia.

— English? – spróbował ponownie, choć w momencie wypowiadania słowa stracił pewność, czy właściwego słowa użył. Skupić się, skupić, skupić, skupić, na tę jedną chwilę, potem będzie można dać odpocząć zmęczonemu umysłowi.

— Yes, english please.

— I need help – wydukał Vicio i zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno powiedział to, co powiedział.

— Yyy... I’m coming – padła odpowiedź z głębi namiotu.

Uff, Vicio poczuł ulgę. Teraz tylko nie dać poznać, że jestem spalony, bo nie potraktują mnie poważnie i wszystko stracone. Vicio liczył rozpinane zamki błyskawiczne 1, 2, 3, ..., 5? Niemożliwe, skup się Vicio, skup, skup, skup.

Wreszcie z namiotu wyłonił się osobnik o głowę wyższy od Vicia. Vicio spróbował spojrzeć w oczy tamtego, cały swój wysiłek koncentrując na przybraniu trzeźwego wyrazu twarzy. W momencie jednak, gdy podnosił wzrok, już wiedział, że nie dał rady, że wyszło gorzej niż gdyby się nie starał, że został zdemaskowany. Napotkał jednak wzrok tamtego, równie mętny, jak jego własne spojrzenie. Chyba jest mu wszystko jedno – w głębi duszy zgadywał Vicio.

— I need something to pump up my bad – próbował wytłumaczyć nocne najście. Zrobił przy tym ruch rękami – jak mu się zdawało – tak obrazowy, że nawet gdyby palnął coś niezrozumiałego, tamten musiał pojąć.

— I think I got something for you – odpowiedział tamten, na chwilę jakby się zawiesił, po czym zanurkował z powrotem w głąb namiotu.

Kilka zdań w niezrozumiałym języku dobiegło do uszu Vicia. Po chwili ów wysoki wychynął ponownie, podszedł do białego miejskiego samochodu produkcji bodajże koreańskiej i otworzył drzwi – Puta! Trwało to chyba całą wieczność! – i podał Viciowi żólto-czarną pompkę do materaca.

— Thank you! – Vicio z trudem się powstrzymał, by nie uściskać tamtego. Five minutes – rzucił i w tym momencie przestał być pewien, czy w pięć minut zdoła zejść tyle tarasów w dół, dotrzeć do swojego namiotu, a co dopiero napompować materac.

— No, no, no! – zaprotestował wysoki – tomorrow morning.

— Tomorrow morning we go – bronił się Vicio przed całonocną odpowiedzialnością za sprzęt.

— Then put it under a car – zripostował tamten wysoki.

— Ok, thank you.

Vicio dotarł do namiotu w dół przez kolejne tarasy, które pokonywał kładąc się na brzuchu i spuszczając nogi na niższy poziom. Ile było tych tarasów: 1, 2, ..., 5? Nie, niemożliwe. Teraz tylko napompować ten cholerny materac. Vicio próbował połączyć przewód z dmuchawą. Potworny był to wysiłek dla zmęczonego umysłu. Jakbym sam miał tę pompkę skonstruować od początku – pomyślał Vicio – O puta! Ale mam fazę. Podłączona? Podłączona. Na pewno? Na pewno. Nie wyleciało? Nie, trzyma. No to zaczynam.

Vicio kołysał się w rytm kolejnych porcji powietrza wtłaczanych nogą w głąb materaca. 1, 2, 3, 4, ..., 10, ..., 15, ..., 50, ..., 103, 104, 105. Czy już? Nie, materac ciągle miękki. A jeśli tamten wysoki ciągle czeka przy samochodzie? – zaświtało Viciowi – Przecież miałem odnieść za pięć minut. Puta! Dlaczego nie kupiłem pompki razem z materacem?!? Zaraz! To koledzy powiedzieli mi o materacu, a o pompce nie wspomnieli. Puta! Mogłem pomyśleć, przecież byli narajani, to jak mieli pamiętać o pompce. Po co my w ogóle jedziemy do tych Niemiec? – próbował zrekonstruować cel podróży Vicio. Dlaczego akurat do Niemiec? Po co oni nas tam w ogóle wysłali??? Nie, nie dam rady sobie teraz przypomnieć. Może jak dojedziemy, to mi zaświta. 215, 216, 217... Vicio spojrzał na swoją żonę, która spała w samochodzie na siedzeniu pasażera. Ta też się ujarała, ale przynajmniej ma spokój – pomyślał. Co za podróż poślubna, dlaczego akurat do Niemiec? Czy w ogóle musieliśmy brać ten ślub? W sumie tak wyszło: „Znacie się już tyle lat. Powinniście zalegalizować związek” – nalegała rodzina. Vicio uświadomił sobie, że było mu wszystko jedno, biernie zgodził się na wszelkie okoliczności zawarcia małżeństwa, a teraz zgodził się na tę podróż. Może gdybym nie był wtedy ujarany – przeszło mu przez głowę... 300. Chyba starczy. Idę odnieść sprzęt. To był ten namiot? Nie. A może ten? Zaraz, zaraz, biały samochód. Tak! Biały samochód. O, chyba jeszcze nie śpią.

— Thank you! – powiedział głośno Vicio i wcisnął pompkę pod auto.

— You are welcome – dobiegło z namiotu.

— Good night – życzył Vicio oddalając się w kierunku niższego tarasu.

— Good night to you too – usłyszał w odpowiedzi.

— And have a good holliday – Vicio cofnął się o kilka kroków, by usłyszeli go tamci.

— Thank you, for you the same.

Puta! Nie przeprosiłem za kłopot – uprzytomnił sobie po kilku chwilach Vicio. Wdrapał się z powrotem na taras.

— And sorry for a problem – powiedział zadowolony ze swojego taktu.

— No, not a problem.

Puta! Przeprosiłem za problem ale czy na końcu podziękowałem? Vicio raz jeszcze wdrapał się na taras.

— And thank you again! – wygłosił formułkę.

— Ok, good night – doleciało do jego uszu.

 

— Sorri, sorri! – Vicio chodził już dobre pięć minut pomiędzy namiotami kempingu w Untertrubach w poszukiwaniu przytomnych umysłów. Tym razem jednak nikt nie był gotowy mu pomóc, choć nie było przecież wiele później niż zeszłej nocy w Rodellarze.

— Sorri, sorri! – zdesperowany Vicio zaczął lekko potrząsać namiotami, próbując wraz z mieszkańcami obudzić w nich litość. Przecież nie skażą go na dmuchanie materaca ustnie?!? Nie zostawią go tak?!? Puta! Dlaczego nie zatrzymaliśmy się w jakimś supermarkecie, żeby kupić pompkę. Miałem przecież pamiętać. Ale czy w ogóle mijaliśmy jakiś supermarket? Ponownie niewiele mógł sobie przypomnieć z podróży.

 

Kurt Heinrich obudził się i nie mógł zasnąć ponownie. Jakiś idiota chodził po kempingu i zakłócał ciszę nocną. No niechże ktoś go wreszcie uciszy! – gotował się w środku Heinrich. Dlaczego ten młody Eihler nie wyjdzie w tym swoim świecącym ubranku z tą swoją długą latarką, żeby zrobić z tym porządek? Przecież cisza nocna obowiązuje od 22:00!

Nagle Heinrich poczuł, że ktoś szarpnął za namiot. Tego było już za wiele. Zerwał się na nogi, chwycił coś z przedsionka, wyskoczył na zewnątrz i bez zastanowienia przywalił w ciemną sylwetę rysująca się na tle hoteliku, po czym z głośnym sapnięciem ponownie wczołgał się do namiotu.

— Kto to był, Kurt? – spytała żona.

— Nie wiem – odparł – przywaliłem mu patelnią, teraz będzie już spokój.

— Trzeba będzie ją jutro umyć – ziewając zaordynowała żona – i starannie wytrzeć do sucha – dodała.

— Naturlich.

Kurt Heinrich zamknął ponownie oczy i zaczął zapadać w sen z błogim poczuciem przywróconego porządku. Doprowadzony do równowagi umysł pracował harmonijnie. Wyobraźnia odmalowała przed Heinrichem obraz pełen ładu i spokoju. Scena przedstawiała pierwszomajowy weekend na kempingu w Untertrubach. Dzień miał się ku końcowi i słońce zachodziło gdzieś za Erlangen. Długi prosty ogonek niemieckich majowiczów ustawił się w karnym oczekiwaniu na miejsce przy zlewie z niezachwianym przekonaniem o takiej właśnie koniecznej kolei rzeczy. Heglowski duch unosił się w powietrzu. Do zlewu wszyscy podchodzili parami, kobieta zmywała naczynia, mężczyzna zaś odbierał je od niej i wycierał ściereczką do sucha. Zaraz! Coś w tym obrazie nie pasowało, coś było nie tak, coś zakłócało harmonię. Heinrich zaczął gorączkowo przebiegać po scenie oczami wyobraźni. Tak! To dwójka Polaków, która przyjechała białym miejskim samochodem produkcji bodajże koreańskiej. Umyli naczynia, ale wcale nie zamierzali ich wytrzeć! I jeszcze z jaką drwiną spoglądali na resztę.

— Ech, Słowianie! – z obrzydzeniem pomyślał Heinrich i zasnął.

 

Jeff Hornacek zwolnił do przepisowych 10 km/h wjeżdżając na kemping. Wreszcie mógł dać odpocząć oczom i umysłowi zmęczonym od ciągłego skupienia na licznych zakrętach ostatnich kilometrów drogi. Spojrzał we wsteczne lusterko. Zobaczył rude włosy syna i krępą żonę Eulalię z fryzurą à la Jacklyn Kennedy. Dlaczego ona wciąż ją nosi, niezmiennie od 30 lat? – nie mógł zrozumieć Hornacek. Rodzina spała na tylnej kanapie zmęczona kilkunastogodzinnym lotem ze Stanów i podróżą z Madrytu. Przeniósł wzrok na własne odbicie. Wyglądam jak ten pajac z serialu Al Bundy – pomyślał...

Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii – rozległ się pisk hamulców, który wyrwał go z autorefleksji, jakiej dokonywał niezliczoną ilość razy, ilekroć widział swoje odbicie w lustrze. Na szczęście jego noga instynktownie wcisnęła hamulec. W szybie przed sobą zobaczył ogromny emblemat Mercedesa. Rozstawione szeroko okrągłe reflektory patrzyły na Hornacka złowrogim gadzim wzrokiem. Musiał przekręcić głowę w bok, by spojrzeć niemal pionowo w górę i dostrzec tamtego kierowcę. Pomiędzy nierówno obciętymi wąsami i przetłuszczoną za długą grzywką napotkał spojrzenie, w którym mieszała się drwina z poczuciem wyższości.

Mimo że dysponował amerykańskim family-car, nie miał problemu z oceną, po której stronie znajduje się przewaga. Ustąpił więc drogi. Odburknął coś wyrwanej ze snu żonie dając upust swojej frustracji, podprowadził samochód do końca alejki i zaparkował na miejscu, które – jak ocenił – będzie spełniać jego wymagania.

— Dobra, rozpakujcie rzeczy, a ja zobaczę, co tam stuka przy tylnym kole – zaordynował Hornacek.

— No nie, czy ty nawet w wakacje musisz majsterkować – w głosie żony wściekłość mieszała się z goryczą – nic tylko te śrubki, krany, gwoździe i łożyska. To jest jakaś choroba, idź z tym do lekarza. Ledwo coś stuknie, a ty już musisz naprawiać.

— Trzeba to zrobić, bo jeszcze się rozkraczymy gdzieś na drodze.

— He, he, a mówiłeś ojciec, że amerykańskie się nie psują, a europejskie to syf. To jest chyba jedyny taki samochód we wszystkich wypożyczalniach na tym kontynencie.

— Siedź cicho, szczeniaku, sam chciałeś go wziąć. Pamiętasz: „Jaaaa, ale oldschool, kumple będą mi zazdrościć!”.

— Właśnie – wtrąciła się matka – teraz oldschool, a 10 lat temu, jak braliśmy taki sam na wyprawę po Stanach, to płakałeś: „Jaki obciach, nikt już takim nie jeździ. Sklejka zamiast karoserii. Wyjdziemy na biedaków. Kumple mnie wyśmieją!”.

— Wtedy to był obciach, ale teraz to jest już oldschool.

— Podaj mi latarkę, honey – głos Hornacka dobiegał spod samochodu.

— Czy ty zawsze musisz wkładać wszędzie najpierw głowę, a potem żądać latarki?!?

— Nie gadaj, tylko dawaj. Tę ulubioną, jest w czerwonej skrzynce.

— Zobaczysz, coś ci kiedyś urwie ten łeb!

— Czy wy zawsze musicie kłócić się o to?

— Jak chcecie dojechać jutro do tej Santa Eulalia, to nie przeszkadzajcie, tylko róbcie co do was należy. Santa Eulalia – co to za nazwa? Źle mi to pachnie, to jakaś zapyziała dziura musi być.

— No wiesz, ja mam tak na imię!

— Santa, czy Eulalia he, he, he, he, he – zarechotał Hornacek.

— He, he, he, he – zawtórował mu syn – dobre ojciec!

 

Bar JesusSłońce stało już w zenicie, gdy minęli tablicę Santa Eulalia wyznaczającą początek miejscowości. Wjechali do miasteczka, minęli Bar Jesus i skręcili w prawo zgodnie z drogowskazem kierującym na jakiś dwunastowieczny kościół – główną tutejszą atrakcję.

— Musimy znaleźć jakiś motel albo coś w tym stylu, bo bez prysznica w tym upale nie idzie wytrzymać. Czy tu w ogóle jest jakiś motel? – wątpiącym głosem spytał Hornacek.

— Na początku wsi widziałem Bar Jesus, może tam spróbujemy – syn próbował być pomocny.

— Bar Jesus?!? No nie, pewnie wino w wodę zamieniają i wciskają klientom he, he, he, he, yh, yh... – zakrztusił się rechotem Hornacek.

He, he, he, he, wino w wodę – akompaniował młody – dobre ojciec!

O, jest ichniejszy hotelik. Mam nadzieję, że mają tam zimne piwo – wyraził nadzieję Hornacek.

Dla mnie wygląda bardzo przytulnie – oceniła matka. – W ogóle cała miejscowość jest prześliczna.

— No raczej – z przekąsem stwierdził Hornacek.

— Obleci – dodał swoją opinię młody.

 

Postawili walizki na środku pokoju. Matka skierowała swe kroki bezpośrednio do łazienki. Młody Hornacek rzucił się na łóżko nie zdejmując butów.

— No i gdzie jest ta klimatyzacja, którą zachwalał ten pajac w recepcji? – Hornacek chodził po pokoju węsząc za jakimś znajomo wyglądającym mechanizmem.

— Widziałam coś przy łóżku – odparła matka wychodząc z łazienki.

— Hornacek zbliżył rękę do otworu przy podłodze.

— Coś słabo ciągnie – zawyrokował – ale może da się naprawić.

— No nie, wiedziałam, może byśmy tak najpierw...

Ale Hornacek zdążył już odsunąć kratkę i klęczał teraz z głową w otworze wentylacyjnym. Spodnie, mimo że używał paska – zjechały mu do polowy pośladków odsłaniając owłosiony przedziałek. Matka z synem wymienili zniesmaczone spojrzenia.

— Podaj mi latarkę, honey – głos Hornacka dobiegał z głębi otworu.

— Wiedziałam, czy ty naprawdę zawsze musisz wkładać najpierw głowę a potem wołać latarki.

— Nie gadaj, tylko dawaj. Wiesz, tę ulubioną, ze skrzynki.

— Zobaczysz, kiedyś coś ci ten łeb urwie – Eulalia wygłosiła swoja sakramentalną kwestię, podając mężowi latarkę swoimi krótkimi tłustymi jak serdelki rękami.

Hornacek wystawił rękę z rozwartą dłonią w oczekiwaniu na narzędzie, nie wyciągając głowy z przewodu. Gdy dłoń poczuła znajomy kształt, zacisnęła się instynktownie na przedmiocie. Jakoś tak dziwnie – przeszło przez głowę Eulalii – jakby nienaturalnie.

Hornacek trzymał latarkę, ale nie zamierzał jej użyć, pozostała w wyciągniętej do tyłu ręce.

— No i co? – dopytywał się syn.

Hornacek nie odpowiedział. Chwile mijały. Matka wraz z synem mimowolnie zaczęli zniżać głowy do otworu. Dopiero z brodami niemal przy podłodze mogli dostrzec, że w miejscu, gdzie Jeff Hornacek powinien mieć głowę, wystaje kikut kręgosłupa. Głowa zniknęła. Krew rozlewała się coraz szerzej. Młody Hornacek nie wytrzymał i zwymiotował na ojca zjedzoną rano tortillę. Wymiociny zaczęły spływać po nagich nerkach w głąb spodni szczeliną miedzy pośladkami. Hornacek nie wypuszczał z ręki ulubionej latarki.

 

— Zawsze mu mówiłam, żeby nie wkładał tej głowy w te wszystkie rury, przewody, zlewy – zrozpaczona Eulalia Hornacek łkała na głos ni to do siebie, ni do kogoś, sama nie do końca świadoma, czy się zwierza, czy myśli po cichu. Powtarzałam, że coś mu ten łeb urwie – ręce jej drżały, a głos załamywał się. A on musiał wpierw tę głowę, a potem latarkę. No i tak właśnie skończył – bez głowy, z ulubioną latarką w dłoni.

Dwaj dyżurni policjanci z Hueski patrzyli, jak roztrzęsiona kobieta siedzi w poczekalni komendy i mówi coś w niezrozumiałym dla nich języku. Kiwali głowami z udawanym zrozumieniem, nie wiedząc jak mają się zachować. Przesłuchanie młodego Hornacka niemiłosiernie się przeciągało i karki stróżom porządku zaczynały drętwieć od tych wyrazów współczucia.

— A on zawsze z tą swoją manią majsterkowania i nieodłączną skrzynką na narzędzia – ciągnęła swoje refleksje wdowa. Zawsze coś mu nie grało, coś stukało, coś było zepsute, coś trzeba było naprawić i on to zrobi najlepiej. Na Święto Dziękczynienia u Jacksonów musiał naprawić im zlew. Na Boże Narodzenie u mojej mamusi trzeba zająć się sedesem zanim usiądziemy do stołu, bo potem jak kogoś chwyci, to będzie za późno. Gdzie nie byliśmy, tam zawsze coś wymagało regulacji. Na wakacjach w Minnesocie, co postój leżał pod samochodem. W podróży poślubnej do Las Vegas klimatyzację w motelu większość czasu naprawiał. Nawet właścicielowi kasyna zaoferował, że naprawi jeden z automatów. I zawsze najpierw wkładał tę głowę a potem chciał latarkę. Jakby nie mógł odwrotnie. I za każdym razem ta sama śpiewka „Podaj mi latarkę, honey”. Jak ja tego nie cierpiałam! Boże, ile razy w życiu ja tego wysłuchałam! Cały nasz związek to nic innego, jak ciąg utarczek o tę latarkę. W gruncie rzeczy do tego się sprowadza nasze małżeństwo. Tu Eulalia Hornacek ryknęła płaczem, by po chwili kontynuować swoją refleksję. Ciągle ta sama śpiewka: „Podaj mi latarkę, honey”, a ja powtarzałam, że mu urwie, że ten łeb mu urwie. U ciotki w Cincinnati, na meczu Yankesów, u dealera samochodów. Kiedyś go zapytałam, gdzie on się nauczył wkładać najpierw ten łeb. a on odparł, że jego ojciec zawsze tak robił, jego dziad tak robił i jego pradziad, że Amerykę zbudowano dlatego, że mężczyźni wsadzali głowy tam, gdzie głowę wsadzić trzeba było. Na jachcie w Miami, w samolocie do Jersey, na koncercie Rolling Stonesów, na pogrzebie mojego ojca...

Dwaj policjanci z komendy w Huesce ciągle kiwali głowami z udawanym zrozumieniem, od czasu do czasu jedynie wyłapując znajomo brzmiące nazwy: New York, Utah, Superbowl, Texas, TV, Rodellar, Florida, NHL, Highway, Hollywood, Pearl Jam, Mexico, Washington D.C....

 

— Ciii, znowu leci.

— Co?

— Komar.

— Jaki komar? Nie słyszę.

— A ja słyszę. Ha! Zabiłam go! Należy mi się nagroda. Daj mi jeszcze jedną morelę. Są jeszcze?

— Tureckie apricoty?

— No.

— Chyba są. A może, te no, suszone śliwki? Oooooo! Suszone śliwki!!!

— Nie, morele. Suszone śliwki smakują jak taki dżem, który spadł komuś na blat kuchenny i wysechł na słońcu.

— Ale suszona śliwka smakuje od początku, a apricot dopiero na końcu.

— No właśnie. Pierwszy gryz i jeszcze nie czujesz smaku ale jakaś ledwo wyczuwalna nutka każe ci ugryźć raz jeszcze. Drugi raz miażdżysz owoc między zębami i już wiesz, że nie popełniłeś błędu, chociaż jeszcze nie masz pojęcia, co to jest, nie potrafisz tego nazwać. Trzeci gryz i już jesteś pewny, że to morela. I dopiero za czwartym razem kaskada smaków eksploduje i rozlewa się po języku i podniebieniu.

— A pamiętasz wczorajszy biszkopt? Pamiętasz tę miękkość hiszpańskiej mąki? W zasadzie u nas to się nazywa zakalec, ale tu uchodzi za „miękkość hiszpańskiej mąki”.

Ukląkł z głową w przedsionku, jedna ręką opierając się o ziemię, drugą szperał po skrzynkach.

— I co, są?

— Nie mogę znaleźć. Podaj mi latarkę, kochanie. Ha, ha. „Podaj mi latarkę, kochanie” – jakie to pretensjonalne, nie? „Podaj mi latarkę, kochanie”, „Podaj mi latarkę, kochanie” – wypróbowywał różne barwy głosu. Ale mam fazę – pomyślał.

— Masz, proszę.

— Oooo, a ty też jesz? To ja zabiłam komara. Objadasz mój sukces.

— Sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Dobre, nie?

— Co, morele? No.

— Nie, slogan. To jest w sumie bardzo głębokie hasło. Tego by nawet Pan Kazimierz nie wymyślił. Kojarzysz?

— Co?

— No, Kazimierza Górskiego, naszego szarlatana piłki nożnej, co to jednym słowem w szatni potrafił odwrócić losy meczu. „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, albo coś w ten deseń. Potem jak już nie mógł chodzić, to go Włodek Szaranowicz i tak zapraszał do studia – robili taką telekonferencję. W studiu były tam zawsze jakieś gadające głowy typu Strejlau, Apostel, żeby komentować mecz, chociaż znali się na futbolu jedynie z czasów PRL-u. No i był ten, no, „futbol na tak” Engel, ze swoim magicznym ołówkiem. Kojarzysz?

— Nie.

— No cała Polska się z niego śmiała. Zaczarowany ołówek, jak w tej bajce.

— To kojarzę.

— No i on rysował na ekranie w powtórkach, jak pójdzie akcja, żeby pokazać widzom ustawienia taktyczne, a akcja zawsze szła w inną stronę, niż rysował Engel.

— Aha.

— No i te tuzy polskiego futbolu zawsze smoliły jakieś farmazony, a na końcu Szaranowicz zwracał się do Górskiego, żeby zwieńczył dyskusję: „A co Pan na to, Panie Kazimierzu? Pan zawsze tak pięknie mówi o futbolu”. I wtedy Górski niby dawał po głowie tamtym „smarkaczom”, którzy byli przecież ze 30 lat od niego młodsi, ale zawsze pierdolnął jakiegoś gniota typu „No muszą strzelić jedną bramkę więcej, żeby wygrać” lub „Albo wygrają, albo przegrają”. Gorsze banały, niż nasz Papież zawsze rzucał, no jednym słowem wtopa totalna. I Włodek Szaranowicz zawsze musiał ratować sytuację: „Tak, w tym jednym zdaniu mieści się całe piękno futbolu. Zapraszamy na drugą połowę”, ale niezmiennie Pana Kazimierza do studia zapraszał...

— Sorri, sorri!

— Yes?

— Espaniol?

— No.

— English?

— Yes, english please.

— I need help.

— Yyy, I’m coming.

— Tylko, proszę, nie prowadź żadnego samochodu.

Kurwa, o co chodzi? A jak to jakaś poważna sprawa – myślał próbując przedrzeć się przez kolejne zamki błyskawiczne namiotu. Muszę się wziąć w garść, żeby nie było, że jestem ujarany. Jeszcze jeden zamek i stanął nareszcie na zewnątrz. Zobaczył o głowę niższą postać lekko oświetloną przez kempingowe latarnie. Śmiesznie wygląda – pomyślał. – Tyyyyy, on jest ujarany!

— I need something to pump up my bad – powiedział tamten i zrobił dziwny gest rękami.

— I think I got something for you – powiedział i pomyślał – O kurwa! Teraz trzeba będzie otworzyć samochód.

Zanurkował z powrotem w namiocie.

— Gdzie są kluczyki?

— Masz. Tylko nie zamknij w samochodzie – powiedziała i w tym momencie przyszło jej do głowy, że może niepotrzebnie. Jak mu powiedziałam, to teraz na pewno zamknie, a gdybym nie mówiła, to by nie zamknął.

Wyszedł na zewnątrz myśląc tylko o jednym – nie zamknąć kluczyków! Mam je w dłoni. Dobra, otwieram samochód, kluczyki są w dłoni. Biorę pompkę. Teraz zamykam drzwi – kluczyki mam w dłoni, a nawet gdyby, to jeszcze nie zatrzasnąłem skobelka. Dobra, udało się! Wręczył tamtemu pompkę.

— Thank you. Five minutes.

— No, no, no. Tomorrow morning – próbował odwlec kolejną trudną konfrontację na czas przytomności umysłu.

— Tomorrow morning we go.

— Then put it under a car – próbował uwolnić się od intruza.

— Ok. Thank you.

Z ulgą zanurkował na powrót w namiocie. W przedsionku kątem oka dostrzegł opakowanie ryżu Halina, które służyło im za przybornik do jarania. Jeszcze na jeden raz – pomyślał.

— Kto to był?

— Jakiś magik. Nieźle upalony. Wyglądał jakby się z La Rambli urwał ha, ha, ha, ha!

— Hi, hi, hi, hi!

— Niezła jazda co? Już myślałem, że to jakaś Guardia Montana, albo co?!?

— No.

— Ej, takie trzy historyjki.

— Jakie???

— No taki Dekameron na naszą miarę. Pamiętasz ten wielki wóz wczoraj?

— No.

— Wyobraź sobie: Sasza Meier przeciskał się alejkami kempingu...

 

Kondomium na kółkach

 

Piotr Żuchowski, po wakacjach 2009 r.

 

Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy