Strona główna » Artykuł » Wyjazd do Plas y Brenin w Walii w 2000 opisuje makar.

Zobaczyć klify

(pięć dni w Walii)


Budzi mnie zmiana tonacji silnika. Zjeżdżamy na stację benzynową. Wyglądam za okno - widzę ciemność. Niemcy? Belgia? Francja? Na zegarku 4 w nocy, jeszcze 8 godzin takiej męki. Toaleta, parę przysiadów dla poprawy krążenia i upakowani w autobusie jak sardynki ruszamy dalej. Mając prawie 190 cm wzrostu nie mieszczę się we własnym łóżku, a co dopiero mówić o siedzeniach rozstawionych z myślą o maksymalizacji zysku przewoźnika. Zapadam w drzemkę, pocieszając się nadzieją zobaczenia białych klifów Dover. Niestety, Kanał pokonujemy pod ziemią (morzem?) słynnym Eurotunelem. W Londynie spotykam Tomka Klisia i już razem jedziemy koleją do Landudno. Tutaj, w trakcie oczekiwania na busa poznajemy kilka osób z międzynarodowego towarzystwa zmierzającego, tak jak my, na International Climbing Meet w Plas y Brenin.

Urzędowa dwujęzyczność nie jest w Walii prawną fikcją.

Królewskie Miejsce (jak należy rozumieć walijską nazwę) leży w sercu północnej Walii w górach Snowdon. "Jaka szkoda że to nie Anglia" powiedział do Tomka urzędnik imigracyjny na granicy. Góry przypominają nieco nasze Sudety, poprzecinane siecią starych dróg. Najbardziej widoczną różnicą są liczne murki ułożone z łupka, wygradzające pastwiska dla owiec. Takie same murki odgradzają też szosy, co sprawia że jazda samochodem po niewłaściwej (lewej) stronie drogi jest jeszcze bardziej emocjonująca. Ośrodek jest doskonale wyposażony. Dwie ścianki wspinaczkowe, sklep i wypożyczalnia sprzętu, sztuczny stok narciarski, basen i tor przeszkód dla kajaków górskich. Na miejscu jest nawet pub. Do sklepu słynnego Joe Brown'a tylko 10 minut spacerkiem a do pubu, na ścianie którego widnieją podpisy uczestników wyprawy na Everest z 1924 roku tylko 6 mil.

Centrum Sportów Górskich w Plas y Brenin. Po lewej sztuczny stok narciarski, nad nim pub. Wieża w centum kryje jedną z dwóch ścianek wspinaczkowych. Na pierwszym planie tor przeszkód dla kajakarstwa górskiego.

W czasie naszego pobytu odbywały się jednocześnie trzy imprezy. Spotkanie wspinaczkowe, seminarium "Making the Difference" o bardzo zróżnicowanym programie (uczestnikiem był Wacław Sonelski) oraz zjazd Prezydium UIAA. Zajęcia wypełniały dni do końca tak, że czasu na sen brakowało. Po śniadaniu podział na grupy i wyjazd na wspinanie, powrót późnym popołudniem i po kolacji prelekcja. Wspinaliśmy się trzy dni, a dwa spędziliśmy na seminarium. Najciekawsze były chyba warsztaty z treningu wspinania lodowego na ściance wspinaczkowej.

Zajęcia z treningu drytoolingu na ściance prowadzili Tim Emmet (na zdjęciu) i Neil Gresham (fot. T. Kliś).

Międzynarodowe towarzystwo prezentowało przeróżny poziom wspinaczkowy, od dwóch dam z Iranu nie mających szczególnego pojęcia o wspinaniu, przez średniaków takich jak my, do doskonałych Czechów. Tych ostatnich miałem niewątpliwą przyjemność obserwować w akcji na Dinas Cromlech, jak swobodnie przebiegali drogi o trudnościach E5 (około VI.4). Nie muszę chyba dodawać, że nie ma tam spitów.

Dinas Cromlech na Llanberis Pass. W centrum zdjęcia słynna droga Cenotaph Corner, jedna z pierwszych E1. W trakcie pierwszego przejścia Joe Brown wbił aż pięć haków na 40 metrach wywołując falę oburzenia i krytyki. To było w latach 60.

Jeśli chodzi o nas, to gdy pierwszego dnia nasz opiekun zapytał się gdzie chcemy się wspinać odpowiedź mogła być tylko jedna: "Goghart". I powtarzało się to każdego dnia. Niestety trudności transportowe sprawiły że tylko raz było nam dane zmierzyć sie ze słynnymi klifami wyspy Anglesey. Jakżeż żałowałem że nie przyjechaliśmy swoim samochodem.

Nie pamiętam już kiedy i gdzie po raz pierwszy zobaczyłem czarno-białą fotografię Eda Drummonda trawersującego ściany Wen Zawn. Szarpane wiatrem 10 metrów liny pomiędzy nim a skulonym na stanowisku Dave Pearcy'm nie podtrzymywał żaden przelot. Dwadzieścia metrów niżej wzburzone morze usiłuje dosięgnąć prowadzącego falami, ale do Eda dociera tylko biała piana. Obraz jednoznacznie skojarzył mi się z "Szałem" Podkowińskiego. Istotna różnica jest jednak taka że stworzyła go natura i ludzka odwaga a nie wyobraźnia artysty, a droga otrzymała nazwę "A Dream of White Horses".

W czasopiśmie "Climbing" ze stycznia 1998 przeczytałem relację ze wspinaczek na nadmorskich klifach północnej Walii. Mrożące krew w żyłach opisy dróg (słabe RP, asekuracja wirtualna, przerdzewiałe haki) i zdjęcia nie zmniejszyły mojego entuzjazmu. Przecież oprócz takich horrorów jak "The Bells! the Bells!" muszą być tam drogi bardziej przystępne, łatwiejsze i bezpieczniejsze, takie na moje możliwości.

Goghart, jeden z wielu klifów wyspy Anglesey, w promieniach zachodzącego słońca. Czarne pasmo u podstawy wyznacza wysokość fali przypływu.

I w końcu udało się. Z trawiastego tarasu z widokiem na klif Goghart schodzimy stromo pod ścianę. Niepewne skalne stopnie, posypane żwirkiem, sprowadzają prawie pionowo w dół na ciąg platform na poziomie morza. W czasie przypływu woda zakrywa je całkowicie. Trawersujemy wzdłuż klifu, częściowo się wspinając pomiędzy poszczególnymi półkami. Pogoda jest wspaniała: bezchmurne, słoneczne niebo, przenikliwy krzyk mew i łoskot fal uderzających kilka metrów pod naszymi stopami tworzą niezapomnianą atmosferę. Trzywyciągowa droga, nazywająca się tak jak ten fragment klifu "Goghart" nie jest przesadnie trudna: E1 czyli mniej więcej nasze VI+. Ale jedno jest pewne - zjechać się nie da, bo platformy startowe powoli nikną pod wodą i fale zmyłyby nas do morza. Po skończeniu drogi decydujemy się jeszcze na jedną. Trawersujemy trawiaste zbocza klifu dochodząc do Wen Zawn. Niestety po zjechaniu na wiszące stanowisko okazuje się że zespół na drodze moich marzeń "A Dream..." wspina się bardzo powoli. Robimy więc sąsiednią "Wen", o podobnych trudnościach HVS (VI-), a nieocenioną pomocą w minięciu maruderów okazuje sie być mój 60 metrowy Mamut.

Skały rejonu Tremadoc, będące własnością British Mountaineering Council, też są klifem! Dolina poniżej jest osuszonym dnem morza. Na zdjęciu zespół na słynnej drodze Vector autorstwa Joe Browna.

Nie sposób nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że z jednowyciągowych kamieni, wyrastających z trawiastych zboczy Llanberis Pass brytyjskie wspinanie wyszło z sukcesami aż w Himalaje? Że osiągnęło tak wysoki, ceniony na całym świecie poziom? Wydaje mi się że odpowiedź leży w tradycyjnym podejściu do wspinania, w wymaganiu zachowania równowagi pomiędzy wysiłkiem fizycznym i psychicznym. W tym ujęciu to nie tylko gimnastyka na przyrządzie zwanym skałą, ale także cały złożony zespół umiejetności taktyczno-technicznych oraz zdolność do właściwej oceny ryzyka i chęci podjęcia go. W epoce, spitów, kucia, klejenia, zawodów i dopingu Wyspy Brytyjskie pozostały ostoją wspinaczki w jej dawnym, pełniejszym znaczeniu. Natomiast klify wyspy Anglesey są ostoją tradycjonalizmu w Wielkiej Brytanii.

Na zakończenie chciałbym podziękować za opiekę Iwonie i Tadeuszowi Hudowskim, których gościnny dom niejednokrotnie już był bazą polskich wspinaczy odwiedzających Londyn.

maj 2000
Andrzej "makar" Makarczuk


Dream of White Horses Cenotaph Corner


Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Paweł Pustelnik
tel. 605 054 266

Katarzyna Piłat
tel. 509 824 418

Partnerzy




Wspieramy