Forum dyskusyjne
traumatyczne przeżycia - Sperlonga
autor: AGA-cka
data: 2004-01-16 22:36:00
Część osób wie, że pobyt mój, Tibora i Makarów w Sperlondze przedłużył nam się o jakiś tydzień z powodu awarii samochodu.


Ponieważ jakoś doszłam do siebie po powrocie, mogę streścić co się z autkiem stało, jak przebiegała naprawa i jak wyglądał powrót do Polski. OSTRZEGAM: to opowieść dla ludzi o mocnych nerwach!!


Auto popsuło się podczas jazdy do sklepu 27 grudnia - nagle spod maski zaczęły wydobywać się kłęby dymu i pary. Okazało się, że nie ma ani kropli płynu do chłodzenia. Łudziliśmy się, że po prostu się skończył, wystarczy dolać i po sprawie - niestety próba wprowadzenia planu w czyn skończyła się radosnym wyciurkaniem płynu przez jakąś dziurę w silniku. Powiało trochę grozą, ale jeszcze byliśmy dobrej myśli - w końcu to dopiero połowa wyjazdu - autko się naprawi, będzie OK.


Poszukiwania zakładu blisko plaży i mechanika, który nie uciekał na widok poloneza zajęły 2 dni - 30 grudnia samochód został odholowany do zakładu, gdzie mechanik posiadający bogaty zasób słówek angielskich w liczbie dwóch (OK i no OK) zapowiedział, że do samochodu w ogóle zajrzy w poniedziałek 5 stycznia (ponieważ mieliśmy wyjeżdżać w sobotę 3 stycznia - powiało trochę wiekszą grozą). W poniedziałek mechanik stwierdził, że do auta nie zajrzał, bo były święta, sylwester, kupa wolnych dni, on ma dużo pracy, wtorek też ma wolny (Włosi mają wolne 3 Króli), może zajrzy do samochodu w środę (groza już hulała na całego - nie wiedzieliśmy w dalszym ciągu nic - co się stało, czy da się naprawić i na kiedy).


Ostatecznie po kilku nerwowych dniach oczekiwania, paru dołach psychicznych i nieodpartym wrażeniu, że zostaniemy tam na zawsze - auto zostało odebrane w piatek 9 stycznia. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy tego samego dnia.


Po ujechaniu 800 km, pod Wenecją, po zatrzymaniu się w celach odpoczynkowych na zamknietej stacji, spod maski zaczeły buchać kłęby dymu...


Okazało się - na szczęście w nieszczęściu, że mechanik nie dokręcił jakiejś obejmy na rurze od chłodzenia i przez szczelinę płyn do chłodzenia kapał sobie, aż się wykapał. Obejma została dokręcona, ale czekaliśmy 3 godziny na otwarcie stacji w celu zakupienia płynu do chłodnicy. O 8 ruszyliśmy dalej, ale nic już nie było jak dawniej...


Samochód zaczął odmawiać posłuszeństwa. Nie włączał się wentylator i po zwolnieniu temperatura silnika rosła do 130 stopni. (co 100 km zatrzymywaliśmy się w celu schłodzenia silnika)Samochód przerywał i nie chciał przyspieszać, szczególnie pod górkę. W samochodzie skończył się olej - na stacjach nie było takiego, na jakim jeżdził - zostało dolane co innego. Wysiadły kontrolki od świateł. Samochód miał coraz mniejszego kopa - pod górkę max. 60km/h. Próba uruchomienia wycieraczek skończyła się wyłączeniem całego samochodu (Makar już nie próbował ich włączyć). Samochód poruszał się już tylko i wyłącznie siłą naszej woli - max. 40 km/h pod warunkiem, że było z górki. Autko ostatecznie zbuntowało się w Łodzi tuż przed domem Makarów - wyłączyło się zupełnie, nie dało się uruchomić, na krawężnik wjechaliśmy siłą rozpędu. Działał tylko zamek centralny bez przerwy otwierając i zamykając drzwi (trzeba było odłączyć akumulator, żeby go wyłączyć). była wtedy godzina 7.30 rano, niedziela. Nasz powrót trwał 36 godzin.


Do tej pory ledwo wierzę, że udało nam się wrócić.




Makary - dziękuję za wspólnie spędzone 3 tygodnie w Sperlondze, za wspólny wspin i za szczęśliwy powrót - mimo wszystko.
Re: traumatyczne przeżycia - Sperlonga
autor: Paweł P
data: 2004-01-17 11:33:00
byłem na powrocie króla ale do tej opowiastki sie nie umywa ;))
Re: traumatyczne przeżycia - Sperlonga
autor: andi
data: 2004-01-18 20:01:00
niezla historia


mailfunction w pelnym tego slowa znaczeniu


jest co opowiadac


pozdro
Odwiedź nas na facebooku
Kontakt

Akademicki Klub Górski
ul. Piotrkowska 132
90-062 Łódź

mail:

Partnerzy




Wspieramy