Lodospady Norwegia 2025

Lodospady Norwegia 2025

2 października 2025 18:50


Rozwspin w Biri

Lody w Rjukan, czyli dlaczego Lillehammer Selected Ice Climbs to bujda na resorach.

Tak bym właśnie zatytułował tę relację gdybym miał dostępne więcej znaków. Ale o tym później.

Tuż po powrocie z mojego pierwszego poważnego (gdzie zdecydowałem się prowadzić) wyjazdu na lody (Rjukan, luty 2024) postanowiłem, że wspinanie w lodzie na dobre zagości w kalendarzu moich wyjazdów, nawet jeśli miałoby wyprzeć wiosenny wyjazd w pomarańczową skałkę. Daniel, który mnie tam zabrał miał podobne zdanie. Grzesiek, któremu wtedy nie udało się pojechać z nami także odgrażał się, że za rok musi koniecznie z nami jechać. No i Jezierek też chce. Wygląda na to, że wyjazd za rok, a ekipę już mamy. Bajka!

W okolicach listopada wróciliśmy do tematu. Grzesiek niestety musiał zrezygnować, więc zaczęliśmy szukać lodowego wojownika na jego miejsce. I okazało się to być nielada wyzwaniem. Było kilku chętnych, ale raczej na szybkiego strzała, niż na dłuższy wyjazd. 2 tygodnie odmrażania tyłka na dalekiej północy odstraszył kilku potencjalnych partnerów. Na szczęście Jezierek znany z tego, że zna dużo ludzi zagaił i namówił Klaudiusza z zaprzyjaźnionego Wrocławskiego KW. Klaudiusz nigdy w lodzie nie dziabał, ale plan był na Rjukan - idealne miejsce do nauki. Sam też tam po kilku wędkach odważyłem się na pierwsze prowadzenia. Więc udało się! Mamy komplet. Jedziemy!

Rok wcześniej, kiedy byliśmy w lutym, Daniel opowiadał nam o tęgich, styczniowych mrozach i lodzie twardym jak beton. Trochę się tego obawialiśmy ale wyglądało na to, że styczeń to jedyny moment kiedy wszyscy mogą sobie pozwolić na tak długi wyjazd. Więc zaryzykowaliśmy. Bilety? Są! Chata? Jest! Auto? Zarezerwowane! Pozostało tylko odliczać dni do wyjazdu.

Z zaniepokojeniem obserwowaliśmy prognozy pogody. W grudniu, w okresie świątecznym nadal panowały tam głównie dodatnie temperatury. W głowie zaczęły się rodzić wątpliwości i zaczęliśmy powoli myśleć o planie awaryjnym. Wszak szkoda by było siedzieć 2 tygodnie w Rjukan i nic się nie powspinać. Na szczęście Jezierek zaczął sypać miejscówkami jak z rękawa: Hemsedal, Lillehamer, Sørdalen. Ale wszędzie wyglądało to tak sobie. Uwierzycie, że w sylwestra w Tromso (które leży za kołem podbiegunowym) była dodatnia temperatura i padał deszcz? Byliśmy już na tyle zdesperowani, że stwierdziliśmy, że chrzanić te bilety na samolot. Wsiadamy w auto i jedziemy do Cogne. Byle się coś powspinać.

Na szczęście na początku stycznia pojawiły się mrozy. Niestety na kilka dni przed naszym wyjazdem prognozy znowu pokazały ocieplenie. Cały pierwszy tydzień temperatury prawie dwucyfrowe. I w nocy też na plusie. Ma-sa-kra! Na dwa dni przed wyjazdem, po przestudiowaniu kilku modeli prognoz dla różnych miejsc pada decyzja - jedziemy do Lillehammer. Przebukowaliśmy chatę, pakujemy się i dzida!


#sponsoring Joy Food zadbał abyśmy nie byli głodni

Pierwsze trudności już na lotnisku. Dzięki naszemu sponsorowi - JoyFood każdy z nas miał bagaż wypchany jedzeniem. Wzięliśmy po 32kg bagażu. A dokładnie 32,2kg. A pani na check-inie mówi: Ma być 32kg, nie 32,2kg. Cooooo?! Więc siadamy i przepakowujemy, kombinujemy. A Jezierek? Poszedł do drugiej bramki, uśmiechnął się, zabajerowało i pani nawet na wagę nie patrzyła tylko w te słodkie oczka. Puściłaby mu te 32kg nawet jakby miał wykupione tylko 10kg.

Okazało się to być najlepszą decyzją jaką mogliśmy podjąć. Po przyjechaniu na miejsce obserwowaliśmy tylko jak na grupach wspinaczkowych Rjukan i Hemsedal ludzie pytają gdzie się można wspinać, bo w tamtych rejonach wszystko spłynęło.

Pierwsze dwa dni poświęciliśmy na rozwspin na jednowyciągowych lodospadach w Biri (Birifeltet) oraz Ottcie (Loholet). Trudności zazwyczaj nie przekraczały WI3-WI4, choć jak ktoś się postarał to i dało się załoić jakieś WI5. Ja sprawdziłem jak się wspina bez smyczek (celowo) dzięki czemu udało mi się zapomnieć zabrać dziabek ze stanowiska. Jezierek pokazał nam jak się soluje WI3 po zaklinowaną linę. A nas sponsor dostał pakiet pięknych zdjęć na których zajadamy się pysznymi posiłkami w trakcie wspinu.

No i tu przychodzimy do pierwszego fuckup-u tego wyjazdu. Mianowicie Jezierek kupił sobie nowe przody do swoich Lynxów. Specjalnie, tylko na lody, żeby ich nie ciorać po skale. I pierwszego dnia w drodze na wspin zorientował się, że nie ma w nich metalowej poprzeczki, która powinna się wpasować w rant w bucie. Czyli ma raki, ale nie ma raków. Na szczęście plan zakładał wspinanie po jednowyciągowych drogach, więc jakoś się tam wymienialiśmy i dało radę. Daniel prawdopodobnie ma zapasowe koszyki, więc wyjazd będzie uratowany. Po powrocie na chatę okazało się, że jednak nie ma. Więc chłopaki udali się do Lillehammer na zakupy. Po odwiedzeniu kilku sklepów okazało się, że nikt tu nie handluje sprzętem wspinaczkowym. Na szczęście chłopaki zostali skierowani do sklepu gdzie: “powinni mieć”. No ale nie mieli. Tylko na zamówienie. Na za tydzień… No trochę słabo. Ale Jezierek nie byłby sobą. Więc zaczął bajerować. I tak zabajerował, że pan zdjął mu te poprzeczki z raków z wystawy i powiedział, że sobie zamówi. Jesteśmy uratowani!

Po pierwszym dniu okazało się, że Biri to jedna z niewielu miejscówek obok Lillehammer z szybkim dojazdem. No ale co zrobimy… Ustaliliśmy kolejny rejon, idziemy spać, a rano jedziemy. Nie za wcześnie, bo przecież wschód słońca o 9. A nikt nie myślał o tym, że się jedzie 1,5h. W idealnych warunkach. Bo 20 min przed celem okazało się, że droga nie jest utrzymana. A nasza Corolla Cross bez łańcuchów tam nie wjedzie. Szybka narada i zmieniamy cel. Jedziemy! Po kolejnych 20-30 minutach okazuje się, że i tutaj nic z tego nie będzie. Na drodze stoi TIR w poprzek. Nie ma przejazdu. Kolejna zmiana celu i w drogę. Udało się! Dojechaliśmy! Ale, ale! To nie tam gdzie chcieliśmy. Nawigacja spłatała nam figla. Ustawiamy poprawną pinezkę i co? Kolejne 40 minut… Na szczęście dzisiaj drugi dzień rozwspinu, wiec nic straconego. Będzie czas, żeby chociaż jedną linię zrobić.


Daniel ciśnie Godis, Jezierek napiera na Hardis

Po rozwspinie przychodzi czas na pierwsze wielowyciągi. Chłopaki, którzy przyjechali z Rjukan w poszukiwaniu warunu zachwalają Jukulkulę, ale 280m trochę nas zawstydza, więc wybraliśmy krótszy cel. Około 150m w trudnościach WI3-WI4 i wariantem za WI5 zwanymi Godis i Hardis. Kolejny dzień i kolejny raz pojechaliśmy nie tam gdzie trzeba. Zatrzymał nas szlaban, którego nie potrafiliśmy sforsować, kiedy chłopaki się zorientowali, że wjeżdżamy na nie to zbocze góry które powinniśmy. Na szczęście straciliśmy tylko 30 min. Na 4km przed celem podróży czeka na nas szlaban, który otwiera się za jedyne 330NOK (~120PLN) i wprowadza nas na drogę jak z baśni. Zaśnieżoną ze śladem kół samochodu. Ze śladem! To znaczy, że się da wjechać! Daniel trochę się obawiał, ale cisnął naszą Corollę i dzielnie zdobywał kolejne metry wysokości. Po około 2km dotarliśmy do domostwa skąd ślad się urwał. Ale byliśmy tacy napaleni na wspin, że nas to nie powstrzymało. Tym razem już z duszą na ramieniu, ale Daniel dojechał do celu. Trochę niepokoiło nas to, że już prawie 12. Ale przecież mamy czołówki! Więc plecaki na plecy i idziemy!

Tutaj wspinanie przebiegało w lekko odwrotnej kolejności, ponieważ najpierw należało zjechać na dół, a później przewspinać loda. Dzięki czemu mieliśmy okazję jeszcze ze światłem dziennym obejrzeć jak pięknie wyglądał ostatni wyciąg. Krystalicznie czysty i przeźroczysty lód. Na dół docieramy około godziny 14. Bez robienia sobie zbędnej nadziei zakładamy czołówki i zaczynamy cisnąć do góry. My z Danielem Godisa, Przemek z Klaudiuszem Hardisa. Wyciąg za WI5 zmęczył solidnie Przemka. Na tyle, że musiał odwisnąć i odpocząć. Co było lepszym rozwiązaniem niż zaliczenie lotu, który mógł się różnie skończyć. Na szczęście znalazł w sobie siły aby dokończyć drogę, bo jak wspominałem - droga była już tylko w jedną stronę. Mniej więcej w połowie drogi zaczęło się robić ciemno, a ostatni wyciąg prowadziłem już w zupełnych ciemnościach. Co było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem, bo nigdy wcześniej nie wspinałem się w nocy. Polecam wszystkim zdecydowanie. Można cisnąć w opór bo niczym Steve Wonder - nie widać trudności!

Drogę skończyliśmy koło 19:30-20:00 a w domu byliśmy przed 22. Dobrze, że jutro rest… A zwłaszcza, że na wolnocłowej kupiliśmy 3 litry mocnych trunków, które dzielnie opróżnialiśmy do 2 w nocy :D 


Daniel na śniegospadzie Høgbergfossen og -søyla

W dzień restowy szukaliśmy kolejnych celi wspinaczkowych i coraz bardziej narastała nam w głowie myśl, że chata w Lillehammer mimo, że lepsza niż w Rjukan (bo da się wspinać) to jest strzałem w stopę, bo na lody mamy 2h-3h jazdy w jedną stronę (sic!). Było to jeszcze bardziej uciążliwe gdyż mieliśmy tylko jednego kierowcę chcąc zrobić ten wyjazd choć trochę budżetowym. Ale wszyscy współczuliśmy mocno Danielowi. Więc zapadła decyzja o przeprowadzce na drugą część wyjazdu. Tym razem lepiej przestudiowaliśmy przewodnik i postanowiliśmy przenieść się do Dombas-u. Nadal trzeba było jeździć 1-1,5h, ale lepsze to niż 2,5-3h. I tutaj wielkie podziękowania dla naszego gospodarza Henniga, który zgodził się na zmianę terminu rezerwacji, dzięki czemu odzyskaliśmy pieniądze za niewykorzystany czas!

A! I mały pro tip, o którym nie myśleliśmy wcześniej. W chacie mieliśmy tylko ogrzewanie podłogowe. Było przyjemnie, ciepło, ale… Piekielnie ciężko jest w takich warunkach wysuszyć zamarznięte liny czy buta, do którego już pierwszego dnia wlał się siurek lodowatej wody…

No ale wracając do wspinania. Kolejnego dnia spakowany, z całym mandżurem jedziemy do Heidal na Høgbergfossen og -søyla, który przewodnikowo miał prezentować trudności WI3+/WI4 oraz WI4+. Zgodnie z ustaleniami mieszamy się w zespołach. Ja wspinam się z Klaudiuszem, a Przemek z Danielem. Tutaj też jak na Godisie i Hardisie należało najpierw zjechać w dół aby wspiąć się do góry. I już w trakcie zjazdów okazało się, że wspinania to tu nie będzie. Większość drogi pokrywał śnieg w którym można było zapaść się po szyję. Z każdym zjazdem liczyliśmy, że będzie lepiej, ale nie było. Ale żeby wrócić trzeba było się przez to przedrzeć w drugą stronę. Na pocieszenie co jakiś czas znajdowaliśmy kilkumetrowe prożki, tak do WI3, które zaciekle wspinaliśmy zamiast obchodzić je śniegiem do z boku. Chłopaki na nitce obok prawdopodobnie mieli kilka metrów wspinania więcej niż my. Ale jak na 150m linię to nadal kupa straszna.

Głodni wspinania po tym niezbyt udanym dniu, postanawiamy jutro zaatakować lokalnego Klassikera czyli Jukulkulę, 280m za WI4. Kolejne przemieszanie w zespołach. Daniel działa z Klaudiuszem, a ja z Jezierem. Pierwsze wyciągi mimo, że nietrudne idą powoli. Po dwóch długościach liny zmiana na prowadzeniu i Przemek mknie jak rozpędzona lokomotywa. Nie nadążam wydawać liny. W międzyczasie w zespole obok dzieje się wielowyciągowy klasyk, czyli kubek wybiera wolność i mknie na dół. Na szczęście tylko jedną długość liny na półkę, prosto w śnieg. Szybkie przeorganizowanie i chłopaki jadą w dół szukać zguby z nadzieją, że uda się wspinać dalej. W tym czasie my już podchodzimy pod ostatnie dwa wyciągi trudności za WI4, którymi dzielmy się po połowie. Niestety poszukiwania się przedłużają. Okazuje się, że wcale nie jest łatwo znaleźć kubek w stercie śniegu. Przyrząd udało się w końcu odnaleźć, ale zajęło to tyle czasu, że chłopaki decydują o odwrocie. Po skończonej drodze szykujemy zjazdy wśród drzew obok drogi. Na co Jezierek wpada na pomysł, że zdejmie raki, żeby nie ciorać ich po skale (wszakże kupił nowe przody specjalnie do lodu. Pamiętacie?). Mimo, że dowiązywałem mu linę do stanowiska po skończonym zjeździe, kilkumetrowe trawersy w jego wykonaniu, po zalodzonym terenie wyglądały nadzwyczaj zabawnie. Ostatni zjazd zakończyłem wysunięciemy się z liny (na szczęście kontrolowanym!) i sturlaniem po stromym śniegu kończąc na plecach głową w dół.


Top Klassiker Jukulkula w całej okazałości

Po tych przygodach przyszedł czas na rest i planowanie co robić dalej. W głowie coraz bardziej świtała myśl, że koniec wyjazdu jest już bliski. Byliśmy już trochę zmęczeni, ale szkoda było restować. W związku z tym postanowiliśmy wspinać się ciągiem ostatnie 3 dni. Klaudiusz z Przemkiem wybrali się na kapitalny lodospad Kongsvollfossen 400m na którym zastali trudności do WI4+. Chłopaki spodziewali się, że pierwszą część szybko “przebiegną” ponieważ wyglądała dość połogo, a trudności miały się kumulować pod koniec. Jednak okazało się, że w pierwszej części nad wyraz często pojawiały się dłuższe niż by się spodziewali pionowe prożki. Mimo to, chłopaki bardzo sprawnie poradzili sobie z tą drogą i już koło 13:30 dali znać, że skończyli. My z Danielem w tym czasie wybraliśmy krótszy cel (wspinaczkowo) czyli Tøftfossen. 150m za WI4. Niestety na parkingu okazało się, że droga podejścia wiedzie przez ogrodzony teren z tabliczką “Private property. Please do not enter”. Po szybkim przeanalizowaniu mapy Daniel znajduje kolejny mostek pozwalający sforsować niezamarzniętą rzekę. Niestety oddalony o 2km. Postanawiamy spróbować. Na miejscu okazuje się, że teren też jest ogrodzony, ale nie ma już tabliczki. Stwierdzamy, że tutaj łatwiej palić głupa, że nie wiedzieliśmy, że nie wolno skakać przez płot. Bierzemy plecaki. I w tym momencie zauważam, że ktoś chcąc być miłym, wyjął mi z bagażnika moje kije trekkingowe. Więc podejście za “3 buciki” (maksymalny wymiar kary) wydłużony o dodatkowe 2km będę musiał pokonać bez nich. Porozmawiamy o tym wieczorem w domu… Teraz już nic nie zrobimy. Trzeba iść. Podejście po płaskim wcale nie było przyjemne. Na drodze było mnóstwo lodowisk ukrytych pod cieniutką warstwą śniegu. Tańcom na lodzie nie było końca. Po około 3h podejścia meldujemy się pod drogą. Sugeruję podejść pierwszą długość za około WI2 bez liny i związać się dopiero kiedy lód się bardziej spionuje. Chyba podreptałem trochę za daleko gdyż uszpejenie się w terenie w którym byliśmy było lekko problematyczne. Lód mocno napowietrzony nie pozwalał na solidne stanowisko, więc przywiązaliśmy się po 22cm śruby, która dawała największą nadzieję na utrzymanie nas. Związaliśmy się liną i Daniel ruszył. Lód na początku był średniej jakości co trochę wpłynęło na moral. Ale po tak długim podejściu byłem mocno nagrzany na wspinanie. Zaproponowałem, żeby zobaczyć jak to wygląda dalej. I na szczęście im dalej tym jakość lodu się poprawiała, dzięki czemu udało nam się skończyć drogę i wyjść na wierzchołek, na którym spotkaliśmy... stado piżmowołów arktycznych! Jest 14:30. Nie tak źle biorąc pod uwagę 3-godzinne podejście. Teraz tylko pozostało obejść nawisy śnieżne i w szukając najmniejszego nastromienia wrócić do miejsca gdzie zostawiliśmy depozyt. No właśnie. A gdzie to było?! Myśleliśmy, że wieszamy plecak na jedynym drzewie w okolicy. Ale jak wróciliśmy po niego to tych drzew i krzaków było jakby więcej. Zmęczeni i wkurzeni na siebie szukaliśmy naszych klamotów przez jakieś 45 minut. Zaczynało powoli zmierzchać, a w głowie rodziła się wizja, że jutro zamiast się wspinać, będzie trzeba tu wrócić szukać głupiego wora… I nagle ukazał się on! Szary plecak pośród czarnych gałęzi na tle białego śniegu. Następnym razem koniecznie musimy zaznaczyć pinezkę na mapie gdzie zostawiamy depozyt! Chłopaki złapali stopa i już są dawno w domu, a przed nami jeszcze jakieś 2h do samochodu. Wliczając lodowisko po drodze. Uhh… co to był za dzień!


Kondziu na Tøftfossen

Chłopaki szczęśliwi, choć trochę zmęczeni po przejściu 400m lodu. My po 6h łażenia też nie byliśmy najświeżsi, więc kolejnego dnia postanawiamy zrobić, wielowyciąg, ale nie za długi. Pada więc na Grotebekken. WI4, 2 wyciągi. Brzmi idealnie! Daniel z Klaudiuszem wybierają mniejsze formy, a my z Jezierem atakujemy główne spiętrzenie. Jakieś 80-90m. Początek wygląda przyjemniej niż górna kurtyna, więc szybko oferuję, że pójdę pierwszy wyciąg, a wisienkę na torcie pozostawię Przemkowi. Po chwili okazuje się, że to tylko tak wyglądało. Pierwszy prożek (z mojej perspektywy co najmniej 15-20m czystego pionu) okazuje się wylany tak twardym lodem, który ciągle odpryskuje, że muszę uderzać po 5-7 razy aby porządnie zadziabać tego twardego skurczybyka. Kosztuje mnie to bardzo dużo sił. W połowie jestem bliski kapitulacji, ale Jezierek mnie dopinguje. A że umiem w restowanie, to bardzo powoli, ale skutecznie posuwam się na przód. Po przejściu pierwszego prożka jest półeczka na rest. A przede mną ze dwa razy tyle lodu. Po głowie chodzi myśl, żeby ściągnąć partnera i go puścić dalej, ale po zrestowaniu zmieniam zdanie i cisnę! Lód tak samo twardy, ale ja byłem twardszy! Po tym wyciągu czułem się jakby przejechał mnie pociąg, ale byłem też szczęśliwy, że się nie poddałem. Drugi wyciąg nie wyglądał zachęcająco. Kurtyna była dość cienka. Po dłuższej rozmowie postanawiamy zjechać i spróbować z drugiej strony. Tu już prowadzenie przejmuje Jezierek. Pierwszy wyciąg w dużo bardziej plastycznym lodzie przechodzigładko. Ale później zaczyna szuka trudności, które skutecznie znajduje. Wyciąg startuje po skale i jakiejś cienkiej polewce. Na górze wcale nie było lepiej. Żadna chwała się tu zatłuc. Pada decyzja o wycofie. Morale trochę siadają. Niby niewygórowany cel, ale w aktualnych warunkach nie puszcza z żadnej strony. Trochę zniesmaczeni, że nic się nie udało zrobić, ale szczęśliwi, że cali i zdrowi wracamy do domu, snując już plany na ostatni dzień wyjazdu.

Wszyscy już jesteśmy mocno zmęczeni, marzymy trochę o tym, żeby nie trzeba było już się wspinać, ale szkoda tego ostatniego dnia. Postanawiamy wybrać się na Bjønndalsbekken. WI4, 150m. Niedługie podejście. W sam raz żeby się jeszcze coś powspinać. A przede wszystkim, rokuje na to, że zakończymy ten dzień sukcesem. Tego dnia ja wspinam się z Klaudiuszem, a Daniel z Przemkiem. Klaudiusz zaczyna. Idzie jak przecinak. A tu w ⅔ wyciągu krzyczy do nas, że właśnie się zorientował, że ma raki założone na odwrót! Przemek postanawia tylko dopytać czy założył tył na przód czy zamienił prawego z lewym. Ale jak to mawia przysłowie: Dobry koń to i po błocie pójdzie! Wyciąg skończył, raki wróciły na właściwe strony, a kolejne dwa wyciągi przypadły mi do prowadzenia. Całkiem wymagające, wymuszały na mnie szukanie łatwości zamiast napieranie po prostu do góry. Na ostatnim stanowisku spotkałem Daniela z Przemkiem, którzy szykowali się już do zjazdu. Powiedziałem, żeby na nas nie czekali. Rzuciłem dziabki w śnieg i zacząłem ściągać Klaudiusza do siebie. Chłopaki ściągneli linę, kilka minut później dołącza do mnie Klaudiusz. Zakładamy zjazd, Klaudiusz jedzie pierwszy. Ja po nim. Pod koniec zjazdu tuż przed kilkumetrowym trawersem w prawo do stanowiska coś mi nie pasuje. I nagle się orientuję i krzyczę: kur…. dziabki! Zostawiłem na górze dziabki! A tak nam dobrze dzisiaj szło… Na szczęście mam w zespole specjalistę IRATA. Podpowiada mi szybko jak przepiąć się ze zjazdu do podchodzenia na linie i zaczynam 40m powrotu do góry. Początek idzie mozolnie. Z każdym metrem zaczynam łapać rytm a coraz większa ilość liny wiszącej pode mną ułatwia to zadanie. Po około 40 minutach mam już dziabki przy sobie i ponownie wchodzę w zjazd. W międzyczasie Klaudiusz informuje chłopaków, którzy byli już na dole, co się wydarzyło. Otrzymałem zasłużoną porcję drwin.


Cała ekipa w komplecie po załojeniu Godis/Hardis

Podsumowując. Był to wyjazd na którym wiele się nauczyliśmy, każdy zaliczył mniejszy bądź większy fakap. Ale mimo wszystko udało się solidnie powspinać i zebrać sporo cennego doświadczenia. W ciągu tych 2 tygodni:

  • zmienialiśmy chatę 2 razy (licząc zmianę tuż przed wyjazdem)
  • przejechaliśmy autem na miejscu 2,2tyś km
  • przewspinaliśmy łącznie około 2000m lodu (nie licząc małych form)
  • Ja ze swojej strony chciałbym podziękować chłopakom za wyjazd, cierpliwość, wsparcie, szczere rozmowy i wspólne wyciąganie wniosków na przyszłość, a także za wszystkie śmiechy i drwiny.

Jezier z Klaudiuszem poskramiają monstrum Kongsvollfossen 400m WI4+ (fot. https://www.instagram.com/vegardbreie)
Robokop Kanfor Atest Biznes w kadrze Satori Druk
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Polityka prywatności.