Piotr Żuchowski: "Byle co, byle gdzie" (Frankenjura i Hiszpania VII/VIII 2016) Jak jesteś w Hiszpanii i nie widzisz skał, to obejrzyj się w drugą stronę. Jeśli nadal nie widzisz skał, to po prostu otwórz oczy. (chyba Pratchett)Okoliczności sesji III roku zmusiły mnie do planowania sezonu w sposób niezobowiązujący, co wywołało lekkie zgrzytanie zębami Komisji Sportowej. Podobnie jak Szanowna Komisja, liczę na to, że w nadchodzącym roku jakaś droga – wzorem sezonu ubiegłego – zatrzyma mnie na sto, a może i więcej prób, bym w podaniu mógł umieścić jakiś konkretny i ambitny cel. Tak więc ogólny kierunek był jeden – Hiszpania, ze wskazaniem na Asturię. Domowa biblioteczka wzbogaciła się zatem o ściągnięty z zagranicy przewodnik Roca Verde. Nie chcąc katować uszu niemieckim „umcykiem” i mając dosyć Radia Nostalgic, zakupiliśmy stosowną ilość muzyki na solidne 110 km/h i z końcem lipca ruszyliśmy w drogę. Pierwszy przystanek to rzecz jasna Frankenjura, gdzie udało mi się pokoziołkować w las z urwanym chwytem. Nabrawszy w ten sposób rozpędu, kontynuowaliśmy podróż na południe. Muzyka skończyła się gdzieś pod Bordeaux. Nie popisał się szczególnie Pablopavo, oferując jedynie osiem utworów. Na szczęście szybko znaleźliśmy się w zasięgu Radio Nacional de Espana III i na falach eteru zagościł Honky Tonky Sanchez i jemu pokrewni.Nabieramy rozpędu...Zielona Hiszpania to nie tylko wspinanie po kaloryferach, ale przede wszystkim Picos de Europa. W pierwszy dzień restowy postanowiliśmy zaliczyć ten obowiązkowy punkt programu i wybraliśmy się na pieszą wycieczkę pod Picu Urriellu. Nie chcąc forsować auta na szutrowej drodze, zostawiamy samochód w ostatniej miejscowości, co daje nam jakieś 4 km podejścia w jedną stronę więcej. Mamy wrażenie, że jesteśmy ostatnimi podchodzącymi na szlaku, ale koniec końców w miejscu, gdzie nasze Tatry kończyłyby swój pionowy …
• • •